Coaching dla klientów indywidualnych w Przystani Psychologicznej

Moi drodzy
Poniżej przedstawiam opis mojej sylwetki ze strony Przystani Psychologicznej, gdzie przyjmuję moich klientów indywidualnych.
atb13
KONRAD WILK
coach

Pasjonat życia, certyfikowany przez Multi-Level Coaching, Trop Group, Mindsonar, Speaking Circles,  akredytowany przez ICF, coach, mentor, trener, mówca.

Absolwent Akademii Leona Koźmińskiego. Ukończył czteroletnią szkołę Multi Level Coachingu (MLC Coaching Study). Certyfikowany do pracy z osobami indywidualnymi i parami. Posiada dyplom Trop Group potwierdzający przygotowanie do pracy w coachingu grupowym i zespołowym. Preferowane nurty coachingu z jakich korzysta w pracy, to: transformatywny, transpersonalny, systemowy, pozytywny i procesowy. Nieustannie dba o swój dalszy rozwój. Akredytowany przez największą światową organizację coachingu ICF jako coach i mentor coach, zajmuje się szkoleniem nowych adeptów coachingu. Dotychczas przeprowadził ponad 1 350 godzin coachingu indywidualnego, 320 godzin coachingu grupowego i ponad 2000 godzin szkoleń i warsztatów.

Od 2008 roku pracuje z klientami zgłaszającymi się prywatnie, jak i w ramach business coachingu. Zwykle trafiają do niego osoby, które poczuły potrzebę zmiany, znalazły się w przełomowym okresie życia, spotkały się z trudnością lub stoją przed wyzwaniem i potrzebują wsparcia. Często korzystają z jego pomocy ludzie, którzy są w trakcie lub zakończyli swoją terapię i chcą popracować nad skutecznymi sposobami uruchomienia własnych zasobów, określenia celów, motywacji, wartości, misji i wizji swojego życia. Coaching w trakcie terapii stosuje kontekstowo, a po jej zakończeniu jako drugi, niezwykle ważny etap procesu ich osobistego rozwoju. Pracuje głęboko, relacyjnie, z wykorzystaniem skutecznych technik pozwalających na trwałe efekty – referencje na http://www.konradwilk.pl. Jego misją jest wspieranie wszystkich tych, którzy faktycznie chcą zneutralizować dotychczasowe ograniczenia, poradzić sobie z trudnościami, by móc spełniać się w życiu i w zgodzie z sobą, z pasją i poczuciem sensu realizować swój osobisty i zawodowy potencjał.

Zapraszany jest do firm, na konferencje, seminaria, jako mówca, trener, panelista. Przemawia i prowadzi zajęcia na najlepszych polskich uczelniach, jak: Akademia Koźmińskiego, SGH, UW, UJ, UE, UŁ, CC, WSB… Działając we współpracy z firmą Pasja GDT szkoli, uczy i wspiera przedstawicieli biznesu na terenie całego kraju.

Twórca programu TY® poświęconego kompleksowej pracy z człowiekiem nad odkrywaniem jego własnej autentyczności i budowaniem świadomej marki osobistej. Program wprowadza w życie pracując z osobami indywidualnie, organizując warsztaty i szkolenia, przemawiając w firmach, na uczelniach, na spotkaniach otwartych, prowadząc zajęcia, udzielając wywiadów, pisząc artykuły. Napisał też na ten temat dwie książki. Pierwsza z nich ukaże się w sprzedaży w 2017 roku.

Autor podróżniczo rozwojowej książki „Naga Asu” opartej o jego 6 letnią podróż po Afryce, Ameryce Południowej, a przede wszystkim Południowej Azji. W ramach agencji eventowej Rule no. 8 organizuje i prowadzi autorskie wyprawy incentive do najwspanialszych zakątków świata.  Pasjonat reggae jazzu, muzyki klasycznej, wspinaczek wysokogórskich i nurkowania, maratończyk.

Obecny w mediach, dziela wywiadów, pełni rolę eksperta. Opublikował ponad 100 artykułów min. w magazynach „Sukces”, „L’Eclat”, „Trendy Art of Living”, „BusinessWoman & Life”, „Fine Life”, „Top Class”, „Business Traveller”, „Ludzie Sukcesu”, „Business Voice”, „Network Magazine” i innych. Przez 1,5 roku ekspert magazynu „Sukces” ds. psychologii biznesu.

 

Pracuje w języku polskim i angielskim.

Reklamy

Cook Islands – na rajskich wyspach Południowego Pacyfiku mieszkałem z klasą

Moi drodzy

Tak właśnie było. Korzystałem z uroków najpiękniejszych resortów na Wyspach Cooka. Wiecie co? Uważam, że warto uzupełnić sobie taki pobyt w raju o wszelkie radości, które tę rajskość podkreślają. Jednocześnie nie byłbym sobą, gdybym na jednej z maleńkich, bezludnych wysepek nie pomieszkał sobie wzorem Robinsona. Od wielu lat wyjeżdżam w takie miejsca, zażywam luksusu, ale również zaszywam się na jakiejś urokliwej bezludnej wysepce, by przez jakiś czas pobyć sam, radzić sobie, zminimalizować wszelkie udogodnienia, pożyć w zgodzie z wymagającą naturą, zdobywać pożywienie, budować schronienie, być. Tak było i tym razem. Gdzie dokładnie mieszkałem? A to już moja tajemnica. Takie przygody Robinsonowe możecie doświadczać ze mną w ramach organizowanych przeze mnie wyjazdów motywacyjnych z agencją eventową Rule No. 8. Przygoda życia czeka : – )

btp 6 16 18

btp 6 16 19

Nowa Zelandia i Wyspy Cooka w moim artykule dla BusinessTravellerPoland

Moi drodzy

W lipcowym numerze BusinessTravellerPoland ukazał się mój artykuł o Nowej Zelandii i Wyspach Cooka. Załączam link do tego numeru i poniżej artykuł po angielsku. Po Polsku będzie do przeczytania w sierpniu na stronie http://www.businesstravellerpoland.pl.

http://businesstraveller.pl/archiwum/lipiec-2016

True You soon

btp 7 16 40 btp 7 16 41 btp 7 16 42 btp 7 16 43

Prywata, czyli co robię gdy nic nie robię na północy Nowej Zelandii w Coromandel i Bay of Islands

auckland last pic

Czas dla siebie

Zwolniłem. Poczułem, że moja podróż zbliża się do końca. Często mówię moim słuchaczom i piszę moim czytelnikom o podróży, jako o metaforze naszego życia – banalne i przez wielu używane porównanie. No ale co zrobić, skoro naprawdę pasuje. Choć różnie bywa z objawami. U mnie pojawia się najpierw samotność, a raczej samotniczość, czyli taka wersja bycia samym, która nie jest dopustem bożym, ale wyborem, którego dokonałem osobiście, z którego korzystam dla siebie i innych, darem, za który jestem wdzięczny. Kocham swoją samotniczość, zabiegam o nią, sycę się nią, pływam w niej, czerpię z niej, przesiąkam nią, by móc potem nią emanować wśród ludzi i dla ich dobra.

auckland - tairua

Miłość bez trudu

Swoją samotniczość przeżywam w Coromandel. To półwysep, który znajduje się około 150 km na wschód od Auckland. Wymarzone miejsce na długie weekendy i wakacje mieszkańców największego miasta Nowej Zelandii. Trudno się w nim nie zakochać, a że ja nie miałem ochoty na trud, to się zakochałem. Cudowne miejsce, wymarzone na wypoczynek, ma taką właśnie atmosferę, powolną, słoneczną, ciepłą.

Zwłaszcza na Hot Water Beach, gdzie gorące źródła znajdują się tuż pod powierzchnią piasku plaży. Ludzie przychodzą tu rano, bo przestrzeń plaży nad gorącymi źródłami nie jest wcale taka wielka, więc kto pierwszy, ten lepszy. To znaczy, kto pierwszy, ten będzie miał możliwość rozpoczęcia porannego rytuału. Łopatka i kopiemy swój własny dołek, basenik, wanienkę. Dół wypełnia się wodą, gorącą, taką, że aż parzy. Każdy ma swoją łopatkę, można je tu pożyczyć, i każdy ma swój dołek. Dołki są różne, mniejsze i większe, głębsze i płytsze, zależne od woli i zaangażowania kopiących wczasowiczów. Leżymy, ja się wprosiłem do jakiegoś JAFA (Just Another Fuckin’ Aucklander – jak pieszczotliwie określają tu mieszkańców Auckland pozostali mieszkańcy Nowej Zelandii). Najpierw wykopałem dołek z zimną wodą i zaproponowałem mu, że można zrobić kanał i dopuścić mojej zimnej do jego ciepłej i będzie idealna. Pomysł padł na podatny grunt i ja padłem do największego baseniku na plaży.

auckland - hot water beach

Cały Coromandel to góry porośnięte pięknym, subtropikalnym lasem, które spływają w spektakularny sposób do Oceanu. Ludzie mieszkają i wypoczywają na styku morza i spływających do niego gór. W głębi półwyspu panuje niezmącony spokój. Tam znajduje się mnóstwo świetnych szlaków dla miłośników dzikiej przyrody, przygody, samotniczości i łażenia, albo jeżdżenia po górach – jest taka trasa, ubita, ziemna droga przez środek półwyspu, spektakularna, niesamowita, pokręcona, jak zmienne losy człowiecze.

auckland - coromandel

 

 

 

 

Bay of Islands

Również senna okolica, a zwłaszcza teraz, czyli jesienią. Pomarańcze i cytryny dojrzewają właśnie na drzewach. Turystów niezbyt wielu. Puste plaże. Na prom do Russell wchodzi ledwie kilka osób. Na końcu początek. Jestem tu, gdzie to wszystko właśnie się zaczęło. Najstarszy budynek w Nowej Zelandii, najstarszy hotel, garbiarnia skór, która zamieniła się w pierwszą drukarnię świętych książek. Waitangi, Deklaracja Niepodległości, Traktat z wodzami lokalnych Maoryskich plemion. Początek państwowości. Nowa Zelandia – 1835 rok. Początek. Jedna z najbardziej dojrzałych demokracji świata. Bez zaszłości. Budowana na zdrowym pniu potężnego drzewa Kauri. Znakomicie prosperująca gospodarka, prawa, wolności, równouprawnienie kobiet, jeden z najlepszych na świecie systemów edukacji, wysoki poziom życia, otwartość na drugiego człowieka, wzajemna akceptacja. Czasem trudna, wymagająca, ale polubownie prowadzona wspólnota z rdzennymi mieszkańcami tych ziem. Rany przeszłości leczą się z czasem, w oparciu o dobre rozwiązania i decyzje, uwzględniające potrzeby zainteresowanych. Dwie kultury wzajemnie z siebie czerpią, jedni zapewniają korzenie, a drudzy gałęzie, z których dojrzałe owoce spadają na ich wspólną ziemię.

auckland - russell

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Paihia życia

Samotniczość tak zwykle się dopełnia. Poznaję wspaniałych ludzi, by móc być z nimi z pełni siebie. Razem bawimy się tak, że noc się miesza z dniem, w wirze radości tańczymy zapamiętale, droga mleczna nocą wyraźna jak nigdzie wiruje teraz nad naszymi głowami, by znów się rozmyć, jak dym ognisk nad obozami Maorysów. Mężczyźni tańczą Haka, kobiety tańczą wraz nimi, szaleńczy, dziki taniec wolności. Emanacja nieskrępowanej pasji życia. Boją się tylko ci, którzy się boją życia. Na koniec? Na początek? Co zostaje? Nie musisz niczego zostawiać. Weź ze sobą wszystko, czego ci potrzeba teraz. Teraz!!!…

Jestem : – ) – z powrotem w Polsce.

True You soon

W środku aktywnego wulkanu – White Island, Bay of Plenty, North Island, New Zealand

wi13

Wrrrrrrrrrrrrr

Wczesnym rankiem, w blasku wschodzącego słońca wsiadamy w Whakatane na łódź i wypływamy w morze. Bezchmurne niebo, niezbyt wysokie fale lekko, przyjemnie kołyszą. Panuje obezwładniająca atmosfera relaksu, jest nawet trochę sennie.

Po co mi jakieś mantry przy porannej medytacji, przecież wystarczy porządny silnik diesla firmy Honda i już jestem w transie. Przypomina mi to odkurzacz, który włączaliśmy z żoną, gdy chcieliśmy uśpić naszą córkę, kiedy była niemowlęciem. Te wszystkie jednostajne dźwięki działają na nas w taki kojący sposób, bo przypominają naszej głębokiej pamięci czasy prenatalne – w brzuchach mam nam tak jednostajnie buczało – cała tajemnica transu. Tam czuliśmy się bezpiecznie. Łakniemy tego poczucia, bo wciąż nam go podświadomie w życiu brak. Na bardzo wiele sposobów, zwykle głupich i nieskutecznych, staramy je sobie zapewnić. Z tej potrzeby niezaspokojonej stworzyliśmy cały nasz system społeczny, dążności, aspiracje, starania, ambicje, alianse, związki, rodziny, używki, lodówki, kasty, gówniane żarcie, pieniądze, cywilizacje, przepisy, religie, święte sakramenty, tytuły naukowe, broń, sądy, wyroki i wojny. Potrzeba bezpieczeństwa jest najsilniejszym imperatywem determinującym nasze postępowanie, tyle że jej zaspokojenia w większości poszukujemy na zewnątrz, w świecie, który nas otacza, w innych ludziach, a jedyną możliwością jest zbudowanie poczucia bezpieczeństwa w sobie. Czy da się to zrobić? Da się. Jak? A to już temat na zupełnie inne doświadczenia. Nie zapominajmy, że jestem na łodzi i sobie oddycham w oparach spalonej ropy.

Wodne pluszaki

A więc siedzimy i koimy się ale nie wypada być takimi ukojonymi, bo to przecież może być nuda, a nuda jest niedopuszczalna i niemile widziana. Zatem członkowie załogi podchodzą do uczestników wyprawy, zagadują, opowiadają, żartują, ożywiają rozmową ten nietakt. Ludzie więc angażują się w obrosłe kanonami społecznymi mielenie językami. No wreszcie jest jak trzeba – wszyscy gadają. Entuzjazm eksploduje po chwili, gdy zostajemy wręcz osaczeni przez stado około 20 delfinów – common dolphin, czyli zwyczajne, choć dla mnie niezwykłe – które zaczynają płynąć wzdłuż burt, skakać nad powierzchnię wody, ścigać się z nami, ewidentnie bawić się naszym towarzystwem.

wi2

Koniec żartów

Niedługo później zaczyna się. Ci, co nas tak zapamiętale zagadywali, przynoszą na pokład dwa wielkie wory. W jednym z nich są żółte kaski, a w drugim czarne maski. Każdy ma założyć swoje. Zaczynają się bardzo szczegółowe instrukcje co do tego jak mamy się zachowywać, co robić, a czego nam kategorycznie nie wolno. Tych instrukcji zabraniających jest zdecydowanie najwięcej. Przybijamy do wyspy, nad którą unoszą się kłęby dymu, jak nad fabrycznym kominem, który nie podlega ścisłym restrykcjom opisanym przez jaką dyrektywę Unii Europejskiej. Pontonem ze statku przedostajemy się na ląd. Oto stanąłem właśnie na gorącym gruncie wyspy – aktywnego wulkanu, który ostatnią erupcję zaliczył w zeszłym tygodniu. Tak, tak, nie kilka lat temu, ale w zeszłym tygodniu i wciąż jest bardzo niespokojny. Szumi, buczy, trzeszczy, piszczy, wyje. Chmury dymu i wżerające się w płuca opary siarki sprawiają, że wszyscy, którzy jeszcze nie założyli masek zaczynają panicznie kaszleć. Krajobraz… no właśnie, jak określić ten krajobraz? Ciężko to z czymś porównać. Unikalny, spektakularny, baśniowy, ale to z jakichś mrocznych baśni, filmów sience-fiction, Obcy z Sigourney Weaver, czy coś w tym rodzaju. Jesteśmy w środku krateru żywego, wzburzonego wulkanu. Drugi poziom zagrożenia. Przewodniczka rusza pierwsza, by ocenić czy da się iść dalej. Wraca, co oznacza, że możemy ruszać.

wi11 wi14

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podróż do wnętrza ziemi

Wewnętrzne ściany i dno krateru pokryte są pyłem, który poświadcza o ostatniej erupcji. Wszędzie w koło ziemia dosłownie pali się nam pod stopami. Dochodzimy do krawędzi, do miejsca, z którego wydobywa się ten dym widoczny na dziesiątki kilometrów. Jądro ziemi, fantastyczny spektakl, którego ni jak nie potrafię opisać. Kosmiczne przeżycie, nierealne wręcz, magiczne. Przewodnicy coś mówią, ale nikt ich nie słucha. Z tego transu nikt nie chce się dać wyrwać. Stoimy oczarowani, wpatrzeni w środek ziemi, jakby w samych siebie. Piekło? Niebo? W tej chwili – czy to ma jakieś znaczenie?

wi15 wi17

True You soon

Do piekła jest najbliżej z Nowej Zelandii

Byłem grzeczny, więc poleciałem do Piekła

„…Lecz „nic to” – śmierć, czy „nic to” – życie?
Potyczki, zwady i miłostki?
Do nieba leci Mały Rycerz,
Do nieba jest najbliżej – z Polski…” – śpiewał mój ukochany mistrz pióra, czarodziej słowa, tytan intelektu Jacek Kaczmarski.

 

To ja sobie dzisiaj pośpiewam z dużo mniejszym kunsztem, ale za to z bliską mi skłonnością do przekory, o tym jak z Nowej Zelandii jest blisko do piekła. Diabeł musiał upodobać sobie to miejsce, skoro tak blisko powierzchni umiejscowił swoje podziemne królestwo. A kto zwykł zapierać się, że tylko niebo takie super, a co od pana ciemności pochodzi to grzech, sromota, na które jeno krzyżyk i woda święcona, to proszę sobie popatrzeć.

rot6

 

 

 

rot5 rot8

Zatoka obfitości

Jest takie miejsce w Nowej Zelandii, gdzie szczególnie uwidaczniają się wszelkie zjawiska geotermalne. Zlokalizowane są one wszystkie w okolicy miasta Rotorua, w regionie o pięknej nazwie Bay of Plenty. I faktycznie mnóstwo tu tego wszystkiego. Bulgoczące błota, gorące rzeki, gotujące się jeziorka, syczące z wnętrza ziemi gazy, buchająca ze skał para, szumy i pomruki, tryskające w niebo gejzery i pewien stawik, który miał dla mnie ogromne znaczenie.

rot2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zamiast się dowiadywać, doświadczaj

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze wieże WTC piętrzyły się dumnie nad nowojorskim Manhattanem, umyśliłem sobie, że chcę pracować w Magazynie Turystycznym „Podróże”. Od dostępnego mojej pamięci „zawsze” zupełnie porąbany byłem na punkcie piękna świata, jego różnorodności, bogactwa kultur, języków, zwyczajów ludzi, zjawisk przyrody. Chciałem odkrywać, poznawać, docierać, zdobywać, dotykać, stawać się częścią, doświadczać wymiany, poczuć, posmakować, wtapiać się, a jednocześnie być w drodze. A właśnie. Wyobraźcie sobie, że wypożyczyłem parę dni temu samochód. Stoję sobie i patrzę na niego dzień po tym jak pisałem o chodzeniu i tych całych oświeconych mądrościach, a tu nagle mój wzrok przykuwa napis nad tablicą rejestracyjną : – ) No sami zobaczcie:

rot12

 

A wracając do Magazynu Turystycznego „Podróże”. No wymarzyłem sobie, wierzyć nie śmiałem…, a własnie, że śmiałem i śmiało napisałem do Pani ówczesnej red. nacz. Danuty Zdanowicz. I choć nie do redakcji, to do działu reklamy mnie przyjęli, bo wykształcenie miałem marketingowe. A co to ma wspólnego z Nową Zelandią? A ma, bo pierwszy numer „Podróży” do którego załatwiałem reklamy, i załatwiłem : – ) to był numer z tematem przewodnim… napięcie rośnie… No… Nowa Zelandia, a na okładce zdjęcie… pewnego stawiku, który miał dla mnie ogromne znaczenie. Jesteśmy już coraz bliżej rozwiązania tej wielowątkowej, zagmatwanej historii.

A co tam kieliszek, a co tam wiadro – cały staw

Stawik nazywa się Champagne Pool i faktycznie woda w nim buzuje, jak szampan. Wtedy, gdy ten numer się ukazał, to było dla mnie wielkie święto, bo to pierwszy numer „Podróży” za mojej kadencji, rozumiecie, ja w „Podróżach”, moje marzenie, w numerze moje reklamy, no i ta Nowa Zelandia, i ten cały basen szampana na tę okoliczność mojego święta. Czytałem każdą literkę tego numeru po kilka razy. Wymarzyłem wtedy sobie, że tam kiedyś pojadę, do tej Nowej Zelandii, w związku z którą rozpoczął się wtedy nowy okres w moim życiu. Dzięki temu, że mnie wtedy przyjęto do „Podróży” zacząłem pracować w mediach. Po „Podróżach” były kolejne wydawnictwa. A w jednym z nich poznałem moją cudowną, kochaną żonę. Moje życie wtedy, gdy pozwoliłem sobie na „wysiłek” pójścia za głosem moich marzeń diametralnie uległo zmianie. Przestawiłem zwrotnicę. I powiem wam, że to nie tylko wtedy. Przyjrzałem się mojemu życiu, jestem w kontakcie z moimi klientami w coachingu. Zawsze wtedy, gdy pozwalamy sobie na taki zdecydowany krok w zgodzie z sobą, to zwrotnica się przestawia i ma to ogromny, korzystny wpływ na nasze życie. Echhh… Aż mnie zatyka wzruszenie… A może to odór tych wszystkich tutejszych wyziewów? Cała okolica śmierdzi zepsutymi jajami. Ech panie diabeł, może by tak kąpiel… Ja wziąłem takową w gorącej rzece uprzednio namydliwszy się dokładnie zawilgoconą białą skałą zdrapaną ze ścian jaru w którym rzeka płynie – oczywiście za namową miejscowych Maorysów, za namową których do tego wrzątku wszedłem. Mówią, że za takie kuracje ludzie w kąpieliskach Polynesian Spa w Rotorua ciężko płacą, a tu przyroda za darmo rozdaje, jak tym fokom ryby w ławicach, o których wcześniej pisałem.

rot9

Pozwoliłem sobie na pójście za głosem moich marzeń i przyjechałem do Nowej Zelandii. I stoję w Wai O Tapu, około 30 km na południe od Rotorua, a przede mną on, największy na świecie kieliszek szampana, i to na gorąco : – ) Cheers – za zdrowie tych, którzy pozwalają sobie na to, by przestawiać zwrotnice.

rot4 rot7

 

Niebo, czy piekło dumam wieczorem? Do nieba w sumie i tak po śmierci pójdę, bo jestem dobrym człowiekiem, więc może by tak bliżej piekła za życia? Diabeł słysząc to podekscytowany w ekstazie aż… hmm… no sami zobaczcie, jak potrafi podniecić się diabeł:

rot11

True You soon

My precious Mt Doom, Mordor i Tongariro Alpine Crossing

mt doom 6

Vicious a nie Precious

Skoro Pan Frodo dał radę przynieść tu symbol ludzkich uzależnień, słabości, zepsucia, podłości, agresji, chciwości, zawiści, złości, gniewu, i jego wewnętrzny Gollum nie zdołał mu w tym przeszkodzić, to ja też mogę i chcę. Udałem się więc w długą i niebezpieczną podróż. Mimo oporu materii, niesprzyjających okoliczności, nieprawdziwych informacji mi przekazanych, wątpliwości związanych z bólem w kolanie, skrajnego wyczerpania, przeszkód jakie dosłownie spadały się na mnie pędząc z ogromną prędkością pod postacią wielkich głazów bazaltowych, dotarłem na krawędź krateru. Wulkan Ngauruhoe, który Sir Peter Jackson wykorzystał w ekranizacji Tolkienowskiej trylogii by uosabiał Mt Doom wznosi się stromo ku niebu na wysokość prawie 2300 m n.p.m. Wspinaczka nie należy do łatwych, bo zbocze ostro pnie się w górę, a do tego pokryte grubą, osuwającą się pod stopami warstwą żwiru i pyłów wulkanicznych. Wygląda to tak, że robisz jeden krok, a osuwasz się w dół o dwa. W gorącym, śmierdzącym siarką popielniku wspinam się zapamiętale, tracę przyczepność, zjeżdżam w dół, znów parę metrów w górę, jakiś kamień łapię, ten luzuje i zaczyna spadać, zapieram się nogami, a pode mną przepaść.  Wreszcie jestem : – ) Oto stoję, a raczej leżę wyczerpany w tym samym miejscu, w którym rozgrywa się scena kulminacyjna drogi krzyżowej Frodo Bagginsa.

mt doom 4

Uczepiony krawędzi rozwartych trzewi przeznaczenia, wsłuchany w przerażające odgłosy wydobywające się wnętrza złowieszczej Góry Śmierci, ciskam w przepaść to wszystko, co tutaj ze sobą w intencji przyniosłem. Gollum bronił się, wrzeszczał, że to jego „precious”, ale nic nie wskórał. Poleciał i on ku płonącym wnętrznościom Krainy Ciemności.

my precious

 

Jakoś tak lekko mi się zjeżdża z góry na butach, jakbym na desce snowboardowej pędził przez Alpejskie stoki. Skojarzenie zupełnie nie przypadkowe, bo przede mną jeszcze przecież druga część słynnego Tongariro Alpine Crossing.

mt doom 3 mordor

 

True You soon