W środku aktywnego wulkanu – White Island, Bay of Plenty, North Island, New Zealand

wi13

Wrrrrrrrrrrrrr

Wczesnym rankiem, w blasku wschodzącego słońca wsiadamy w Whakatane na łódź i wypływamy w morze. Bezchmurne niebo, niezbyt wysokie fale lekko, przyjemnie kołyszą. Panuje obezwładniająca atmosfera relaksu, jest nawet trochę sennie.

Po co mi jakieś mantry przy porannej medytacji, przecież wystarczy porządny silnik diesla firmy Honda i już jestem w transie. Przypomina mi to odkurzacz, który włączaliśmy z żoną, gdy chcieliśmy uśpić naszą córkę, kiedy była niemowlęciem. Te wszystkie jednostajne dźwięki działają na nas w taki kojący sposób, bo przypominają naszej głębokiej pamięci czasy prenatalne – w brzuchach mam nam tak jednostajnie buczało – cała tajemnica transu. Tam czuliśmy się bezpiecznie. Łakniemy tego poczucia, bo wciąż nam go podświadomie w życiu brak. Na bardzo wiele sposobów, zwykle głupich i nieskutecznych, staramy je sobie zapewnić. Z tej potrzeby niezaspokojonej stworzyliśmy cały nasz system społeczny, dążności, aspiracje, starania, ambicje, alianse, związki, rodziny, używki, lodówki, kasty, gówniane żarcie, pieniądze, cywilizacje, przepisy, religie, święte sakramenty, tytuły naukowe, broń, sądy, wyroki i wojny. Potrzeba bezpieczeństwa jest najsilniejszym imperatywem determinującym nasze postępowanie, tyle że jej zaspokojenia w większości poszukujemy na zewnątrz, w świecie, który nas otacza, w innych ludziach, a jedyną możliwością jest zbudowanie poczucia bezpieczeństwa w sobie. Czy da się to zrobić? Da się. Jak? A to już temat na zupełnie inne doświadczenia. Nie zapominajmy, że jestem na łodzi i sobie oddycham w oparach spalonej ropy.

Wodne pluszaki

A więc siedzimy i koimy się ale nie wypada być takimi ukojonymi, bo to przecież może być nuda, a nuda jest niedopuszczalna i niemile widziana. Zatem członkowie załogi podchodzą do uczestników wyprawy, zagadują, opowiadają, żartują, ożywiają rozmową ten nietakt. Ludzie więc angażują się w obrosłe kanonami społecznymi mielenie językami. No wreszcie jest jak trzeba – wszyscy gadają. Entuzjazm eksploduje po chwili, gdy zostajemy wręcz osaczeni przez stado około 20 delfinów – common dolphin, czyli zwyczajne, choć dla mnie niezwykłe – które zaczynają płynąć wzdłuż burt, skakać nad powierzchnię wody, ścigać się z nami, ewidentnie bawić się naszym towarzystwem.

wi2

Koniec żartów

Niedługo później zaczyna się. Ci, co nas tak zapamiętale zagadywali, przynoszą na pokład dwa wielkie wory. W jednym z nich są żółte kaski, a w drugim czarne maski. Każdy ma założyć swoje. Zaczynają się bardzo szczegółowe instrukcje co do tego jak mamy się zachowywać, co robić, a czego nam kategorycznie nie wolno. Tych instrukcji zabraniających jest zdecydowanie najwięcej. Przybijamy do wyspy, nad którą unoszą się kłęby dymu, jak nad fabrycznym kominem, który nie podlega ścisłym restrykcjom opisanym przez jaką dyrektywę Unii Europejskiej. Pontonem ze statku przedostajemy się na ląd. Oto stanąłem właśnie na gorącym gruncie wyspy – aktywnego wulkanu, który ostatnią erupcję zaliczył w zeszłym tygodniu. Tak, tak, nie kilka lat temu, ale w zeszłym tygodniu i wciąż jest bardzo niespokojny. Szumi, buczy, trzeszczy, piszczy, wyje. Chmury dymu i wżerające się w płuca opary siarki sprawiają, że wszyscy, którzy jeszcze nie założyli masek zaczynają panicznie kaszleć. Krajobraz… no właśnie, jak określić ten krajobraz? Ciężko to z czymś porównać. Unikalny, spektakularny, baśniowy, ale to z jakichś mrocznych baśni, filmów sience-fiction, Obcy z Sigourney Weaver, czy coś w tym rodzaju. Jesteśmy w środku krateru żywego, wzburzonego wulkanu. Drugi poziom zagrożenia. Przewodniczka rusza pierwsza, by ocenić czy da się iść dalej. Wraca, co oznacza, że możemy ruszać.

wi11 wi14

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podróż do wnętrza ziemi

Wewnętrzne ściany i dno krateru pokryte są pyłem, który poświadcza o ostatniej erupcji. Wszędzie w koło ziemia dosłownie pali się nam pod stopami. Dochodzimy do krawędzi, do miejsca, z którego wydobywa się ten dym widoczny na dziesiątki kilometrów. Jądro ziemi, fantastyczny spektakl, którego ni jak nie potrafię opisać. Kosmiczne przeżycie, nierealne wręcz, magiczne. Przewodnicy coś mówią, ale nikt ich nie słucha. Z tego transu nikt nie chce się dać wyrwać. Stoimy oczarowani, wpatrzeni w środek ziemi, jakby w samych siebie. Piekło? Niebo? W tej chwili – czy to ma jakieś znaczenie?

wi15 wi17

True You soon

Do piekła jest najbliżej z Nowej Zelandii

Byłem grzeczny, więc poleciałem do Piekła

„…Lecz „nic to” – śmierć, czy „nic to” – życie?
Potyczki, zwady i miłostki?
Do nieba leci Mały Rycerz,
Do nieba jest najbliżej – z Polski…” – śpiewał mój ukochany mistrz pióra, czarodziej słowa, tytan intelektu Jacek Kaczmarski.

 

To ja sobie dzisiaj pośpiewam z dużo mniejszym kunsztem, ale za to z bliską mi skłonnością do przekory, o tym jak z Nowej Zelandii jest blisko do piekła. Diabeł musiał upodobać sobie to miejsce, skoro tak blisko powierzchni umiejscowił swoje podziemne królestwo. A kto zwykł zapierać się, że tylko niebo takie super, a co od pana ciemności pochodzi to grzech, sromota, na które jeno krzyżyk i woda święcona, to proszę sobie popatrzeć.

rot6

 

 

 

rot5 rot8

Zatoka obfitości

Jest takie miejsce w Nowej Zelandii, gdzie szczególnie uwidaczniają się wszelkie zjawiska geotermalne. Zlokalizowane są one wszystkie w okolicy miasta Rotorua, w regionie o pięknej nazwie Bay of Plenty. I faktycznie mnóstwo tu tego wszystkiego. Bulgoczące błota, gorące rzeki, gotujące się jeziorka, syczące z wnętrza ziemi gazy, buchająca ze skał para, szumy i pomruki, tryskające w niebo gejzery i pewien stawik, który miał dla mnie ogromne znaczenie.

rot2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zamiast się dowiadywać, doświadczaj

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze wieże WTC piętrzyły się dumnie nad nowojorskim Manhattanem, umyśliłem sobie, że chcę pracować w Magazynie Turystycznym „Podróże”. Od dostępnego mojej pamięci „zawsze” zupełnie porąbany byłem na punkcie piękna świata, jego różnorodności, bogactwa kultur, języków, zwyczajów ludzi, zjawisk przyrody. Chciałem odkrywać, poznawać, docierać, zdobywać, dotykać, stawać się częścią, doświadczać wymiany, poczuć, posmakować, wtapiać się, a jednocześnie być w drodze. A właśnie. Wyobraźcie sobie, że wypożyczyłem parę dni temu samochód. Stoję sobie i patrzę na niego dzień po tym jak pisałem o chodzeniu i tych całych oświeconych mądrościach, a tu nagle mój wzrok przykuwa napis nad tablicą rejestracyjną : – ) No sami zobaczcie:

rot12

 

A wracając do Magazynu Turystycznego „Podróże”. No wymarzyłem sobie, wierzyć nie śmiałem…, a własnie, że śmiałem i śmiało napisałem do Pani ówczesnej red. nacz. Danuty Zdanowicz. I choć nie do redakcji, to do działu reklamy mnie przyjęli, bo wykształcenie miałem marketingowe. A co to ma wspólnego z Nową Zelandią? A ma, bo pierwszy numer „Podróży” do którego załatwiałem reklamy, i załatwiłem : – ) to był numer z tematem przewodnim… napięcie rośnie… No… Nowa Zelandia, a na okładce zdjęcie… pewnego stawiku, który miał dla mnie ogromne znaczenie. Jesteśmy już coraz bliżej rozwiązania tej wielowątkowej, zagmatwanej historii.

A co tam kieliszek, a co tam wiadro – cały staw

Stawik nazywa się Champagne Pool i faktycznie woda w nim buzuje, jak szampan. Wtedy, gdy ten numer się ukazał, to było dla mnie wielkie święto, bo to pierwszy numer „Podróży” za mojej kadencji, rozumiecie, ja w „Podróżach”, moje marzenie, w numerze moje reklamy, no i ta Nowa Zelandia, i ten cały basen szampana na tę okoliczność mojego święta. Czytałem każdą literkę tego numeru po kilka razy. Wymarzyłem wtedy sobie, że tam kiedyś pojadę, do tej Nowej Zelandii, w związku z którą rozpoczął się wtedy nowy okres w moim życiu. Dzięki temu, że mnie wtedy przyjęto do „Podróży” zacząłem pracować w mediach. Po „Podróżach” były kolejne wydawnictwa. A w jednym z nich poznałem moją cudowną, kochaną żonę. Moje życie wtedy, gdy pozwoliłem sobie na „wysiłek” pójścia za głosem moich marzeń diametralnie uległo zmianie. Przestawiłem zwrotnicę. I powiem wam, że to nie tylko wtedy. Przyjrzałem się mojemu życiu, jestem w kontakcie z moimi klientami w coachingu. Zawsze wtedy, gdy pozwalamy sobie na taki zdecydowany krok w zgodzie z sobą, to zwrotnica się przestawia i ma to ogromny, korzystny wpływ na nasze życie. Echhh… Aż mnie zatyka wzruszenie… A może to odór tych wszystkich tutejszych wyziewów? Cała okolica śmierdzi zepsutymi jajami. Ech panie diabeł, może by tak kąpiel… Ja wziąłem takową w gorącej rzece uprzednio namydliwszy się dokładnie zawilgoconą białą skałą zdrapaną ze ścian jaru w którym rzeka płynie – oczywiście za namową miejscowych Maorysów, za namową których do tego wrzątku wszedłem. Mówią, że za takie kuracje ludzie w kąpieliskach Polynesian Spa w Rotorua ciężko płacą, a tu przyroda za darmo rozdaje, jak tym fokom ryby w ławicach, o których wcześniej pisałem.

rot9

Pozwoliłem sobie na pójście za głosem moich marzeń i przyjechałem do Nowej Zelandii. I stoję w Wai O Tapu, około 30 km na południe od Rotorua, a przede mną on, największy na świecie kieliszek szampana, i to na gorąco : – ) Cheers – za zdrowie tych, którzy pozwalają sobie na to, by przestawiać zwrotnice.

rot4 rot7

 

Niebo, czy piekło dumam wieczorem? Do nieba w sumie i tak po śmierci pójdę, bo jestem dobrym człowiekiem, więc może by tak bliżej piekła za życia? Diabeł słysząc to podekscytowany w ekstazie aż… hmm… no sami zobaczcie, jak potrafi podniecić się diabeł:

rot11

True You soon