Wyzwól w sobie świadomego przywódcę cz. XVI – Poznaj 6 wiodących sił jakie wpływają na budowanie świadomej marki osobistej.

Wczoraj przybliżyłem 3 siły, jakie w oparciu o mój autorski program True You mają wpływ na budowanie zdrowej, spójnej i przynoszącej zamierzone efekty świadomej marki osobistej. Czas na kolejną:

4. Siła konsekwencji

Dobra, świadoma marka osobista rozwija się poprzez systematyczność i konsekwencję. Większość niecierpliwych, nieświadomych osób zaczyna budowanie marki od końca, od razu przechodząc do działań. Tak jesteśmy programowani. Mówi się nam, że w życiu chodzi o działanie, że szkoda czasu na bicie piany, że po działaniach ich poznacie. A poza tym im wcześniej zaczniesz działać, tym szybciej zaczniesz na tym zarabiać. I jest w tym sporo racji. Jednak działanie nie poprzedzone wewnętrznym przygotowaniem do działania może skończyć się kiepsko. Zamiast realizować spójne z tobą cele, będziesz się miotał, szarpał, kręcił w kręgu własnych nieuświadomionych uwarunkowań szkodząc swojej marce. Możesz być dobrym, elastycznym, wspierającym, inspirującym, charyzmatycznym przywódcą, który wie co robi, dokąd zmierza, co jest w tym ważne i jak jest tego sens, albo przelewać na swoich podwładnych swoje frustracje, rozczarowania, bezwiednie powtarzać modele relacyjne jakie wyssałeś w dzieciństwie wraz z wychowaniem otrzymanym od rodziców, opiekunów, nauczycieli. Możesz wiedzieć dokąd zmierzasz i jak tam dotrzeć, albo gubić się, powielać schematy, rywalizować, chronić pozycję, popadać w pseudo bezpieczny marazm. Takie nieuświadomione postawy sprawiają, że ludzie wokół odbierać cię mogą jako osobę zagubioną, nie wiedzącą czego chce. Mogą utracić poczucie pewności tego, czego się można po tobie spodziewać. Brak bezpieczeństwa rodzi nieufność. Marka, której nie ufają inni, to słaba marka, z której jest bardzo trudno się wydostać.

Jutro zaprezentuję kolejną  siłę wpływającą na budowanie świadomej marki osobistej.

Jeśli pojawiły Ci się jakieś pytania, wątpliwości, chcesz się ze mną podzielić swoim doświadczeniem, napisz do mnie:

konrad@konradwilk.pl www.konradwilk.pl

#konradwilk #orangetreeoflife #trueyou #personalbrand #personalbranding #markaosobista #coach #coaching #businesscoaching #executivecoaching #sukces #success #świadomość #przywództwo #świadomeprzywództwo #autentyczność #rozwójosobisty #konkurencyjność #przedsiębiorczość #lifeworkbalance #harmonia #życie #pasje #misja #wizjażycia #sens #znaczenie #wartość #wolność #samorealizacja #dobreżycie #strategiesukcesu #poznajsiebie #kimjestem #selfsearch #kluczdosukcesu #keytosuccess #mojeżycie #mojadroga #pasja #siła #zarządzanie coachingowe

Reklamy

Wyzwól w sobie świadomego przywódcę cz. XIV – Moja historia, czyli jak dojrzewałem do odkrycia i stworzenia programu True You.

Dlaczego wspieram ludzi w o odkrywaniu ich własnej autentyczności i budowaniu świadomej marki osobistej?

Czy można nie być sobą? Czy da się w ogóle budować markę nieświadomie? Ależ oczywiście, że tak. Znam to z autopsji. Przez większość swojego życia borykałem się z własnym zagubieniem, zmagałem się sam ze sobą. Borykając się z własnymi uwarunkowaniami, ograniczającymi przekonaniami na temat siebie, innych osób i świata, nieświadomie krzywdziłem siebie i ludzi mi bliskich. Nie umiałem budować głębokich, otwartych relacji. Potrzebowałem zaznaczać własną Wartość, ponieważ brakowało mi wewnętrznej pewności siebie. Zupełnie bezwiednie przechodziłem przez procesy, jakie we mnie się zadziewały. Gdy pozwoliłem sobie odejść z pracy, w której się męczyłem, założyłem własną agencję brokerską. Ta okazała się finansowym sukcesem. Miałem więc czas i pieniądze, by zrealizować swoje odwieczne marzenie o poznawaniu różnorodności świata. Wyjechałem sam, daleko od dotychczasowego życia. Z krótkimi przerwami podróżowałem po Afryce, Ameryce Południowej, a przede wszystkim po Południowej Azji przez sześć niesamowitych, wspaniałych lat. Był to czas ogromnych przemian wewnętrznych, niezwykłych przygód, pouczających spotkań, ogromnych wzruszeń i nauk, które opisałem w mojej książce Naga Asu. Wreszcie stawałem się gotów.

Otworzyłem na oścież wszystkie drzwi i okna

Wciąż nieumiejętnie, z trudnościami, ale już z otwartością na samego siebie zacząłem odkrywać, poznawać, rozróżniać, wyprowadzać na światło dzienne cienie, których się wcześniej obawiałem. Wyprowadzone na światło słoneczne znikały, a jednocześnie objawiały się moim oczom obrazy, których wcześniej nie dostrzegałem. Nie zawsze były przyjemne, nie zawsze pasujące do moich wcześniejszych wyobrażeń. Jednak to wtedy właśnie odkryłem swoje powołanie i siłę, by za nim pójść, choć nie było to wcale łatwe. Bałem się co z tego wyniknie, czy podołam, co powiedzą inni, jak to wpłynie na moją sytuację finansową, czy ludzie będą chcieli korzystać z mojej pomocy. Mimo tych obaw zacząłem przygotowywać się do swojej roli, bo dostrzegłem kim chcę być, co chcę robić, jak dzielić się sobą z innymi ludźmi dla ich dobra. Sześć lat trwała moja edukacja, w czasie której czerpałem z wielu szkół pracy pomocowej, by móc korzystać z tego, co w nich najlepsze. Przez ostatnich kilka lat pracowałem indywidualnie z setkami osób, przemawiałem i prowadziłem warsztaty dla tysięcy.

Człowiek, pasja, życie

Pasjonowało mnie szczególnie takie podejście indywidualne, gdzie pracuję z człowiekiem kompleksowo, nad poukładaniem poszczególnych elementów, zsynchronizowaniem ich, dotarciem, by razem sprawnie działały tworząc skuteczny mechanizm. Moje doświadczenia wsparte wiedzą, jaką od lat w tym temacie pogłębiam zaowocowały ideą, która z czasem przekształciła się w ustrukturalizowany program. Przez długi czas dopracowywałem go, dopieszczałem, sprawdzałem w działaniu. Program True You jest kwintesencją mojego życiowego dorobku, klamrą spinającą osobiste doświadczenie, wiedzę, własne potrzeby, a przede wszystkim potrzeby ludzi dla których działam. Człowiek jest moją pasją, miłością, dziedziną wiedzy i doświadczenia, której oddałem swoje życie. Robię to, co robię, bo chcę pomagać innym w życiu z pełni ich własnego, zidentyfikowanego, autentycznego potencjału, z którego zwykle nie zdają sobie sprawy, do którego sami nie potrafią dotrzeć. Dzięki naszej pracy mogą sprawniej, w zgodzie z sobą, bardziej świadomie realizować swój życiowy sukces. Koordynowanie tego procesu jest spełnieniem mojej życiowej misji.

Całe życie prowadziło mnie do miejsca, w którym jestem. Całe życie przygotowywało mnie do dzieła, które spełniam.

 

Jest kilka sił, jakie mają wpływ na budowanie świadomej marki osobistej? W kolejnych wpisach zaprezentuję je i opatrzę komentarzem.

Jeśli pojawiły Ci się jakieś pytania, wątpliwości, chcesz się ze mną podzielić swoim doświadczeniem, napisz do mnie:

konrad@konradwilk.pl www.konradwilk.pl

#konradwilk #orangetreeoflife #trueyou #personalbrand #personalbranding #markaosobista #coach #coaching #businesscoaching #executivecoaching #sukces #success #świadomość #przywództwo #świadomeprzywództwo #autentyczność #rozwójosobisty #konkurencyjność #przedsiębiorczość #lifeworkbalance #harmonia #życie #pasje #misja #wizjażycia #sens #znaczenie #wartość #wolność #samorealizacja #dobreżycie #strategiesukcesu #poznajsiebie #kimjestem #selfsearch #kluczdosukcesu #keytosuccess #mojeżycie #mojadroga #pasj

Książka o budowaniu świadomej marki osobistej – na finiszu

Nie odzywałem się ostatnio, więc myślę, że kilka słów wyjaśnienia się należy wszystkim, którzy tu zaglądają.

Mam bardzo sprecyzowane terminy wydawnicze mojej książki „True You – marka TY, czyli jak dojrzeć do siebie – Sukces osobisty w sześciu krokach”, więc wtedy, gdy akurat nie prowadzę sesji coachingu indywidualnego, nie realizuję szkoleń i warsztatów z tematów, którymi się zajmuję (coaching, przywództwo, efektywna komunikacja, odkrywanie autentyczności i budowanie świadomej marki osobistej), to piszę, a raczej wygładzam, dopieszczam, poleruję to, co napisałem. To oznacza, że cały czas wolny – mam zajęty : – ) Książka jest gotowa w objętości, a teraz poddaję ją obróbce, abyście z przyjemnością i pożytkiem mogli już wkrótce z niej korzystać.

Piszę też artykuły i będzie ich coraz więcej, jak tylko ześlę wreszcie książkę do wydawnictwa. Mam taki cykl o świadomej marce osobistej w Magazynie Network – niedługo pierwszy artykuł znajdzie się na mojej stronie w zakładce W mediach – póki co znajdziecie go w kioskach, na półkach w rzeczonym magazynie.

A skoro już mowa o stronie www, to zapraszam na http://www.konradwilk.pl Ci, którzy już na niej byli zauważą spore zmiany w formie podania treści i w samej treści. Tych, których jeszcze na stronie nie było, zapraszam z całego serca. Możecie tam:

– poznać mnie lepiej z zakładki Konrad Wilk,

– poczytać o książce Naga Asu w zakładce Moje książki,

– zapoznać się z moim autorskim programem budowania świadomej, autentycznej marki osobistej w zakładce True You,

– dowiedzieć się jak, z kim i nad czym pracuję w business coachingu z zakładki Humanagement,

– zobaczyć w jakich sprawach pomagam w coachingu osobistym, prywatnym – zakładka PPC

– jak pomagam coachom, trenerom rozwoju – zakładka PCC

– jak spełniam marzenia podróżnicze moich klientów – zakładka Life Journey

– poczytać wybrane artykuły przeze mnie napisane i opublikowane – W mediach

– zobaczyć na wybranych referencjach i rekomendacjach kto i jak mnie poleca – Referencje

– jakimi fajnymi rzeczami zajmuje się Media Tracker i kto tę działalność prowadzi – Media Tracker

Moja strona www jest mojego pomysłu i wykonania zarówno od strony graficznej, jak i tekstowej – jestem z niej w obu przestrzeniach dumny, a co najważniejsze oddaje mój styl i charakter, jest ze mną spójna, mówi o tym czym się zajmuję, kim jestem, co jest w tym dla mnie ważne, a co jeszcze ważniejsze jak pomagam innym ludziom radzić sobie z tym, co dla nich jest ważne, na czym im zależy, czego potrzebują i jak pozytywny wpływ na ich życie ma to, co mogą osiągnąć i co osiągają przy mojej pomocy i wsparciui1.jpg.

zapraszam na konradwilk.pl, wszystkiego dobrego i do przeczytania : – )

Naga Asu – na Mikołaja dla niegrzecznych dziewczynek i chłopczyków…

… którzy chcą stawać się świadomymi siebie, innych ludzi i życia kobietami i mężczyznami.

Naga Asu to nie tylko podróże i przygody autora, jakich doświadczał w trakcie wieloletniej podróży po niezliczonych zakątkach Azji Południowej i Środkowej Afryki. To metaforyczny i dosłowny proces przemiany, błądzenia, odkrywania, odnajdowania, poznawania siebie. To podróż po bezdrożach świata, której celem jest odkrywanie własnej drogi życia.

Wiele osób mówiło mi przed rokiem, że Naga Asu to był znakomity prezent dla kogoś bliskiego, bądź od kogoś bliskiego dla nich. Myślę, że i w tym roku dla wielu może się takim okazać.

W miejscach opisywanych w tej książce jest teraz bardzo ciepło. W sercach osób ją czytających może się ciepło zrobić niezależnie od miejsca, w którym ją czytają.

Trzymajcie się ciepło

Jak można ją kupić? Np. wysyłkowo na merlinie:

http://merlin.pl/naga-asu/browse/search.html?section=&phrase=naga+asu&prices=20%2C50%2C100%2C200%2C300%2C500%2C1000&place=0+simple&offer=O&sort=rank&page=1

albo w księgarni wydawnictwa Zysk i S-ka:

http://www.sklep.zysk.com.pl/naga-asu.html

albo w jakiejkolwiek innej księgarni wysyłkowej

Poniżej fotki zapowiadające spotkanie autorskie ze mną w klubie podróżnika.naga asu2naga asu1

Wywiad ze mną w TVP Info na temat Indii i mojej książki „Naga Asu”

Dzisiaj o godz. 21.55 lub chwilę później będzie rozmowa ze mną w TVP Info na temat fascynacji Polaków podróżami do Indii w kontekście mojej książki Naga Asu. Nie wiem ile z tego co mówiłem pojawi się w materiale, ale chętnych zapraszam do TVP Info : – )

Udanego długiego weekendu

Utrata dziewictwa w podróży – fragment książki „NAGA ASU”

Tak właśnie : – ) Każdy miał kiedyś swój pierwszy raz. Mój był porażający, przerażający, wstrząsający, brutalny, wyuzdany, szaleńczy, nieprawdopodobny, a jednak się zakochałem. A było to tak…

 

 

 

 

 

Dwa dni temu…

 

…w tym miejscu zaczynała się moja przygoda z Kambodżą, a już dzisiaj ma znaleźć tu swój szczęśliwy koniec. Wraz z grupą turystów z naszego pojazdu ustawiamy się w, składającej się tylko z nas, kolejce do punktu paszportowego. Niezły tu musi być ruch na granicy, skoro tylko raz dziennie przyjeżdża ciężarówka z nieświeżą dostawą podróżniczych weteranów z Siem Reap i raz dziennie autobus z Tajlandii z jeszcze czyściutkimi, pachnącymi i nieopierzonymi żółtodziobami na pokładzie. (…)

Kolejka jak wąż przesuwa się szybko pomiędzy śmietnikiem pudeł, worków i jakichś zardzewiałych rurek piętrzących się tuż przy stanowisku kontroli paszportowej. Pośród szelestu rozmów toczonych przez każde z ogniw tego gada dobiega mnie dźwięk głosu skądś mi znanego, złowieszczego, chrapliwego, przytłumionego jak szczekanie psa ze związanym pyskiem. Nadchodzi moja kolej i w tym momencie identyfikuję ten głos. Nasze paszporty wręczam temu samemu wojskowemu, który powitał nas dwa dni temu, wybełkotawszy pamiętne: Welcome to Cambodia. Teraz czekam z niewytłumaczalnym dla siebie niepokojem na to, co się wydarzy. Mam nadzieję, że po przejrzeniu naszych paszportów pożegna nas i powie coś w rodzaju: Did you like our country? lub z mniejszą erudycją wycedzi choć: Good Bye. Nie doczekuję się żadnej z nich. Zamiast tego widzę płomienie w jego źrenicach, nabiegające krwią białka, ogniście czerwone policzki. Ciśnięty o ziemię papieros eksploduje snopem iskier, ciśnięte we mnie paszporty parzą mnie i przygniatają swym ciężarem, jak dwie żelazne sztaby wyjęte z żaru ogniska. Czuję się jak zmarły stojący nad brzegiem Styksu, któremu odmówiono przeprawy przez jego wody do bram Hadesu. W moich oczodołach nie ma okrągłych oboli, które mogłyby zasłonić przerażone oczy i umożliwić spokojną przeprawę do krainy wiecznego spoczynku. Nie ma mowy o spokoju. Jest potworny, paraliżujący strach, który sprawia, że nawet łzy nie są w stanie ugasić tego płomienia, który przeniósł się z jego oczu na moje i nieznośnie piecze. Na pytanie o powód tego napadu furii, które nadludzkim wysiłkiem zadaję, zmuszając zaciskające się skurczem szczęki do ruchu, otwiera paszport jeszcze raz i czyta widniejący na tajskiej wizie złowrogi napis „USED” oraz jego pełne i nie dające złudzeń wyjaśnienie „For single entry to Thailand”. Nogi uginają się pode mną po raz drugi w Kambodży, choć nadprzyrodzona siła, która teraz powala mnie na ziemię, zmieniając mój kręgosłup w wybrzuszone S, pochodzi od tego, którego ciało zwinięte w spiralne S oplata moje. Widzę dziewięć paszcz wypełnionych ostrymi jak sztylety kłami. Dziewięć ramion zaciska się na nadgarstkach, w pasie, w kostkach, na szyi, oplata czaszkę, siejąc zamęt w głowie, nie pozwala piersi wziąć oddechu, krusząc żebra i wyciskają z płuc ostatnie cząsteczki tlenu. Ten, który wił się cierpliwie w gąszczu lasów Angkoru, skradał się, śledził mnie i czekał na odpowiedni moment, wybrał tę właśnie chwilę, by zadać śmiertelny cios.

─ Turn back… can’t cross the border…  next! ─ ryczy strażnik i w tym momencie dziewięć krwiożerczych szczęk węża wbija się jednocześnie w moje serce, plamiąc krwią wszystko wokół. Czuję, jakby mnie schwycił za głowę i z każdym kłapnięciem szczęki wciągał w oślizgłe wnętrze bezkresnego tunelu. Ciemnieje mi w oczach. Mam wrażenie, jakbym tracił przytomność. Z czasem gorący żar płomieni ustępuje pola mroźnemu ostrzu świadomości beznadziei tej sytuacji. Wychodzimy z kolejki, a ja drżącymi rękoma wyjmuję w zesztywniałych palcach ostatni plik banknotów. Mamy równo 10 dolarów. Wystarczająco na powrót z granicy do Pattaya i stamtąd do naszego luksusowego hotelu w dzielnicy Jomtien nad Zatoką Syjamską, ale zdecydowanie za mało, by kupić wizy, bilet na samolot, przekupić straż graniczną, przeżyć tu w oczekiwaniu na pomoc z zewnątrz. W głowie przewijają mi się strzępki myśli, czarne, skłębione tumany obaw. Wyobraźnia podpowiada scenariusze żywcem wyjęte z jeszcze nie nakręconych horrorów. Strażnik khmerski jest nieugięty, nie chce ze mną rozmawiać, więc myślę, że może spróbuję zagadnąć któregoś z przedstawicieli tajskiej służby granicznej. Jednego z nich proszę o pomoc.

─ Co mogę teraz zrobić? ─ pytam.

─ Pojechać do Siem Reap, dostać się na lotnisko, kupić wizy i bilet do Bangkoku, lub pojechać do Phnom Penh do ambasady Tajlandii i tam wyrobić wizę, z którą przekroczycie granicę.

─ Ale ja nie mam pieniędzy, nie stać mnie na żadne z tych rozwiązań. ─Grymas na jego twarzy nie daje mi złudzeń. Uśmiecha się drwiąco i odchodzi, a my zostajemy sami, pomiędzy granicą Tajlandii i Kambodży, bez racjonalnych szans na wydostanie się stąd w którąkolwiek stronę. Dwa dni temu miałem wrażenie, że powitanie strażnika brzmiało jak Welcome to Hell. Właśnie teraz zrozumiałem prawdziwe znaczenie tych słów.

Postanawiam usiąść i uspokoić myśli. Sytuacja wygląda beznadziejnie, jesteśmy tym wszystkim zaskoczeni, otoczenie pogarsza stan naszych nerwów. Opuszczając hotel, doszedłem do wniosku, że na dwudniowy wyjazd nie będę brał większej ilości pieniędzy w obawie przed złodziejami. W końcu jechaliśmy do Kambodży, kraju nieprzewidywalnego, biednego, o niespotykanej w świecie ludzi sytych przestępczości. Koszt wyjazdu wyliczyłem dokładnie i gdyby nie to zdarzenie, wyrobilibyśmy się perfekcyjnie. Gdyby nie to zdarzenie… Wizę tajską oglądałem, sycąc się jej orientalnym wyglądem, traktując ją jako trofeum w paszporcie będącym swoistym portfolio moich podróżniczych dokonań. Gdy wyjeżdżaliśmy z Tajlandii, nie spostrzegłem niczego podejrzanego w zachowaniu człowieka, który sprawdzał nasze paszporty. On nie musiał nas informować o anulacji wizy, a ja niczego nie przewidziałem, będąc zaślepionym radością z wkraczania do świata, który teraz nie chce mnie uwolnić. Staliśmy się obywatelami Kambodży na prawach i warunkach, jakie takowych obowiązują. Nie mamy pieniędzy i praw, które są warunkiem przeżycia. W takich warunkach prawem jest bezprawie, a pieniądz władcą niepodzielnym. On nas zniewolił i tą sytuacją ukazał dobitnie, jak jest wielki. Jeszcze wczoraj siedzieliśmy na szczycie piramidy społecznej, spełnieni, młodzi ludzie, wykształceni i zarabiający, by móc odwiedzać najodleglejsze zakątki świata. Jeszcze wczoraj górowałem nad światem, stojąc na szczycie symbolizującym górę Meru, na najwyższym poziomie Angkor Wat cieszyłem się odwiedzinami u bogów w ich bajecznych ogrodach. Dzisiaj los zamanifestował wobec mnie swoją nietrwałość, niepewność, ulotność, względność bytu. W jednej chwili, przez przypadek, potknąłem się i runąłem ze stożkowatego szczytu w dół z taką siłą, że nie na ziemi wylądowałem, ale przebiwszy tajemne sklepienie przykryte cienką warstwą piasku, wpadłem w ciemne, przepastne piwnice, lochy bielejące piramidami bezzębnych czaszek i kości. Jesteśmy na samym dnie. Pod nami już tylko śmierć. Z tego poziomu świat wygląda zupełnie inaczej. Tu nie ma kolorów, jest tylko czerń i biel. To tak jak z przyprawami, o których pisałem. Ze szczytu piramidy widzisz świat w kolorach i o zapachu nieprzebranych ilości przypraw. Przed twoimi oczami mienią się ochrowe smugi mielonej papryki noszone przez wiatr pomiędzy kolumnami rdzawych lasek cynamonu, co stoją samotnie pośród piasków żółtawego curry. Krajobraz ożywiają kolonie purpurowych, gwieździstych kwiatów anyżu, kontrastujących z posłaniem z nasion zielonego pieprzu i jesiennym brązem słomianego kminku. W lochu widzisz pieprz i sól zmieszane ze sobą w odcieniu szarości, jak prochy tych, co tu żyli, też szarzy w mroku, przez szare szyby beznamiętnie spoglądający na świat o setkach barw skąpanych w tysiącach odcieni. I chociaż jeszcze przed chwilą widziałem je wszystkie, choroba rozprzestrzeniła się w mojej duszy natychmiast. Jad z kłów gada, siecią autostrad żył, wraz z krwią dotarł już do mojego serca. Zapadłem na daltonizm percepcji świata, znikła gdzieś wrażliwość piękna, głód życia umarł z głodu. Została pustka, czarna dziura braku nadziei i jaśniejąca coraz mocniej przemożna potrzeba znalezienia oparcia, jakiejś ściany, od której można by się odepchnąć i ruszyć z tą siłą początkową w poszukiwaniu drogi do wyjścia. Lecz czy jest stąd jakieś wyjście? (…)

Robi się ciemno, jesteśmy tu sami, jedyni biali pośród miejscowych. Jak niewiele się od nich teraz różnimy, lecz nadal jesteśmy sobie zupełnie obcy, inni pośród takich samych. Początkowo z dużą obawą, emocjami i poczuciem bezsilności odpędzam rozzuchwalonych moją kiepską sytuacją złodziei i kieszonkowców, którzy bez oporów i pozorów pchają łapy do wszystkich kieszeni mojego plecaka. Wyciągam ich ręce, odpycham ich, krzyczę i sygnalizuję mundurowym ten proceder.  Nie zwracają na mnie uwagi lub śmieją się lekceważąco. Boję się, że jeśli któregoś ze złodziejaszków uderzę, to kręcący się wokół jego ziomkowie poczytają to za wystarczający pretekst do napadnięcia mnie, i chyba się nie mylę, gdyż ich zachowanie intensywnie śmierdzi prowokacją. Z czasem przyzwyczajam się do tego i niemalże bezwiednie, mechanicznie chronię nasz skromny dobytek, osłaniając go przed wszędobylskimi rękami małych, bezczelnych złodziei. (…)

Nie rozmawiamy, nie snujemy planów, naszym celem w tej chwili jest wyjechać z tego kraju. Jak prosty i oczywisty był ten cel jeszcze wczoraj. Wtedy był to mały, nieznaczący celik, jeden z wielu małych celów każdego dnia tej wyprawy. Dzisiaj opuścić Kambodżę to sens mojego życia, to być albo nie być, żyć albo zginąć w zapomnieniu. Przede mną podróż w nieznane, przez świat mi obcy, wśród obcych mi ludzi, do miasta widma, do polskiej ambasady po pieniądze na wizę z obawą o efekt, pomny dzisiejszej rozmowy z panem konsulem. Czy uda nam się tam dostać? A nawet jeśli będą pieniądze, czy uda nam się wyrobić wizy? A jeśli dostaniemy nawet wizę, to czy zdążymy na czas do Tajlandii przed odlotem naszego samolotu? Co czeka nas po drodze? Czy jutro będzie czekał nasz kierowca? Czy wystarczy nam pieniędzy? (…) Na ile to wystarczy? Na dzień, dwa? A co potem? A jak polska ambasada będzie zamknięta?… Jezu!…  Zasypiam. Nocą śnię koszmary.

Konrad Wilk

http://www.konradwilk.pl

konrad@konradwilk.pl

„Naga Asu” w serii wydawniczej „Naokoło Świata”

Zaczytując się książkami podróżniczymi i reportażami ze świata marzyłem, że kiedyś wydam własną książkę o świecie i moich podróżach. Gdy dostałem maila od Pani Prezes Wydawnictwa Zysk i S-ka, że moja książka zostanie wydana, rozpłakałem się ze szczęścia. „Naga Asu” została wydana w serii „Naokoło Świata”. Gdy zacząłem przeglądać zgromadzone na moich półkach książki podróżnicze okazało się, że większość z nich pochodzi z tej właśnie serii. Dołączyłem do tego zacnego grona autorów, których przez lata czytałem, którzy rozbudzali moją wyobraźnię, entuzjazm do podróży i pisania. Czyje książki publikowano w tej serii? Oto kilka nazwisk: Roald Amundsen, Olgierd Budrewicz, Thor Heyerdahl, Ernest Hemingway, Karen Blixen, Roman Bratny, Melchior Wańkowicz, Arkady Fiedler, Antonio Halik, Krzysztof Baranowski, Ryszard Kapuściński…

Poniżej fragment z podróży po Nepalu dotkniętym wojną domową:

 

Podróż ciągnie się w nieskończoność…

 

…Ze zmęczenia nie myślę, nie pragnę, nie istnieję. Trwam w charakterystyczny na tubylców sposób. Czynności życiowe ograniczone do ledwie zauważalnego oddychania. Ciało poddaje się bezwolnie uderzeniom i wstrząsom rozklekotanego autobusu. Od kilku godzin ciężko to jednak nazwać jazdą. Na niekończących się serpentynach pojazd wlecze się w tempie wygłodniałego, stuletniego żółwia, który podąża za pochodem trochę młodszych, lecz równie zniedołężniałych ślimaków. Ślimaki to ciężarówki, jadące jedna za drugą, aż do kolejnego zakrętu. Na każdym zakręcie trzeba stanąć i czekać w kolejce, bo z przeciwnej strony taki sam wąż ślimaków stoi i syczy powietrzem wypuszczanym z przeciążonych wspinaczką hamulców. Czekać trzeba, bo zakręt jest zbyt wąski, by minęły się na nim dwa wielkie ślimaki. Kilka ciężarówek z naszej kolejki przesuwa się wolno nad kilkusetmetrową przepaścią i znika za skalną ścianą. Zajmujemy ich miejsca i znowu stoimy. Wreszcie i my wjeżdżamy za skałę, a oczom ukazuje się fascynująca przestrzeń dzikiego wąwozu wyrżniętego w ciele ziemi przez płynącą w dole rzekę. Na widok pięknego krajobrazu już jestem gotów się ożywić, gdy spostrzegam, że przed nami jeszcze co najmniej dziesięć takich zakrętów. Zostaje tylko ta przestrzeń, bo fascynacja znów kryje się pod kołdrą otępienia, znużenia, trwania, a w końcu snu.

 

Potężny huk…

 

…szarpnięcie, autobus przechyla się niebezpiecznie na prawo. Słyszę krzyki pasażerów przedzierające się przez piszczący, jednostajny dźwięk w mojej głowie, który włączył się po tym, jak nią uderzyłem o podłokietnik fotela po drugiej stronie przejścia. Stoimy, a raczej leżymy w rowie. Głowa mi krwawi. Dobrze, że nie zjechaliśmy z drogi po drugiej stronie, bo tam rów ma z 500 metrów głębokości. Oddycham z ulgą. W tym momencie otwierają się drzwi obok kierowcy. Do środka wchodzi pięciu mężczyzn z karabinami. Krzyczą na całe gardła i biją kolbami po głowach tych, którzy siedzą bliżej przejścia. Siedzę przy przejściu, ale nie mogę przesiąść się pod okno. Oni krzyczą, a ja nie mogę wydobyć z siebie dźwięku, choć bardzo chcę. Straciłem czucie w członkach, nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Podchodzą do mnie, zaczynają się naradzać. Serce mi wali, czekam na werdykt. Ten pierwszy, najbardziej pyskaty i najchętniej bijący kolbą, warknął na swoich towarzyszy, którzy się chyba na coś nie chcieli zgodzić, i wysiada z autobusu tylnymi drzwiami. Założyli mi na głowę czarny, lniany worek. Szczęście, że nie foliowy ─ myślę przerażony tym, co się dzieje. Wiążą mi z tyłu ręce jakimś kablem, wywlekają z autobusu, rzucają na pakę furgonetki, gdzie leży już kilku innych pasażerów, i ruszają dzikim pędem w nieznane. Tym razem zupełnie rozbudzam się z odrętwienia, chociaż zdaje mi się, że śnię.