Jamrock Night Reagge, czyli o samotniczości, która otwiera prawdę głębokiej relacji

jamrock 2

Dzisiejszy wieczór spędzam sam w domku na kurzej stopce, na zboczu wzgórza stromo opadającego ku zacisznej zatoce na zachodnim brzegu Koh Lipe. W drugim domku śpią moje współtowarzyszki w podróży. Domki maleńkie, więc wziąłem dwa, żebyśmy mogli się wygodnie wyspać. Myśl o tym, co chcę napisać pojawiła się we mnie już kilka dni temu i dojrzewała czekając na taki właśnie wieczór.

Jakże wiele zmieniło się we mnie, w moim życiu, w moim stosunku do życia, siebie samego i innych ludzi. Sporą przemianę przeszedł mój stosunek do podróży, siebie w podróży, mojego stylu podróżowania, moich podróżniczych zwyczajów, rytuałów, priorytetów. Metaforyczna podróż przez życie splata się i przenika z doświadczeniem moich podróży, w które jeżdżę od lat. Samotny wilk, dzikus, podążający swoimi ścieżkami, tramp, wagabunda, który za nic ma kompromis, któremu przeszkadzają ludzie, stroniący, trzymający się z dala, zaszywający się w lasach deszczowych, na bezludnych wyspach, na odludziu. Zarośnięty, gwiżdżący z ptakami częściej, niż mówiący do innych ludzi. A jeśli jeździłem z innymi, to na moich warunkach, pod moje dyktando, bez uwagi na osobę, z którą jechałem, bez widzenia ludzi wokół. Paradoksalnie, ta właśnie samotniczość otworzyła mnie na siebie i innych. Była szorstka i trudna, ale potrzebna. Czasem bolesna, ale pomogła otwierać, co wcześniej było pozamykane.

I oto przychodzi taki czas, gdy wsiadam na pokład samolotu w towarzystwie bliskich mi osób, zabieram je w podróż, a raczej staję za nimi, blisko i w roli dyskretnego towarzysza stwarzam im bezpieczną przestrzeń do tego, by mogły poznawać, przezywać i doświadczać siebie. Podążam wraz z nimi bez żadnych oczekiwań względem naszej drogi, nie ma we mnie najmniejszych ambicji. Niczego nie muszę, nic nie powinienem, nie mam swoich planów, nie zmierzam. Jestem z nimi, cieszę się z nimi ich marzeniami i wspieram w tym, by je zamieniały w konkretne doznania, by syciły się swoimi pierwszymi razami, nawet po wielokroć dziennie. Prowadzę je ale tak niepostrzeżenie, by czuły dreszczyk emocji, by miały przed sobą przestrzeń potencjałów, nieznanych możliwości i w nich się całymi sobą odkrywały. Cieszę się tą moją rolą, dzielę się sobą i swoim doświadczeniem, lecz nie nauczam, nie mądrzę się i nie nastaję, by szły jakąkolwiek wydeptaną przeze mnie ścieżką, by powtarzały moje rytuały. Nie ma dla mnie sprawy, że nie robią tak, jak ja kiedyś uważałem za najlepsze. Nie ma już we mnie szyn, na które bym miał ustawiać moje towarzyszki, by zgodnie z rozkładem jazdy do stacji dotarły o czasie. Cieszę się tymi drogami, które dla siebie wybierają. Cieszy mnie radość ich zaskoczeń i z troską współodczuwam smutek ich rozczarowań zmieszanych z gorzkim smakiem wyobrażenia o tym, że doświadczają porażek. Jesteśmy razem w każdym ich przeżywaniu. Jesteśmy razem. Jestem z nimi i dla nich. Nie mówię, że wiem co się stanie, bo nie wiem, lecz daję im poczucie pewności, które wynika z pewnego cennego daru, jaki mi dało moje podróżnicze życie. Mam w sobie ufność, mam w sobie wiarę w procesy życia i z niej ta siła się bierze, jakiej nie zbudujesz na żadnej siłowni, nie napompujesz jej sterydami. Czują ją we mnie i na niej oparcie znajdują w każdej z chwil, w których oparcie jest im potrzebne. Takie poczucie własną moc w nich wyzwala i na niej budują jedyny możliwy, wewnętrzny fundament. Radość, lekkość, entuzjazm, swoboda otwierają je na dzianie się, bo nikt z nas nikim nie jest, lecz każdy bez końca się staje. One stają się na moich oczach i w tym największe piękno dostrzegam i największą prawdę.

W podróży, w której ja dla nich się dzieję dzieląc z nimi ich światy, ich światy jednym się stają z niebem, morzem i ziemią, a one się stają swym dzianiem.

Our love Thailand

Reklamy

Bloger chair, czyli o niewygodnym usprawiedliwieniu milczenia w Tajlandii

holy tree

Od dwóch tygodni w podróży i ani słowa na blogu. Już nawet przestali mi przypominać o tym, że od dawna nie ma moich wpisów. No co zrobić. Tym razem jestem w podróży w towarzystwie. To dla mnie niezwyczajna sprawa, bo zwykle sam i wieczory wolne, myśli wolne, czas wolny, jak w reklamie piwa. A tym razem jestem dla najbliższych dzieląc się z nimi swoim doświadczeniem, pokazując świat, który kocham i do którego jeżdżę, gdy one zostają. Teraz razem rano, wieczór, we dnie i w nocy. Do tego jeszcze jest instagram. Jakież to proste. Zdjęcie, opublikuj, przytnij, trzy linijki tekstu, poleć na FB i jest załatwione. I tak większość nie ma czasu czytać moich wywnętrzeń, przemyśleń, opisów przeżyć i wrażeń. Ludzie mają w nadmiarze swoich wlasnych. A w ogóle to po co czytać, toż to tylko złość człowieka bierze, że ten to sobie po tropikach w samych majtkach gania, a ja w robocie, w korkach, w kufajkach, szaro – buro, wieje i leje. Po co się denerwować. Rozumiem, więc nie pisałem do dzisiaj. Czemu do dzisiaj właśnie? Telefon dzisiaj zablokowałem, bo mi się zachciało mieć blokadę z czytnikiem linii papilarnych. Palce mi się w basenie rozmokły, zgrubiały i pofałdowały jak u topielca i z uporem maniaka chciałem telefon otworzyć, żeby zdjęcie zrobić i trach, zablokowany. Podaj hasło woła telefon. Jakie hasło? Zapomniałem, nie mam pojęcia. No i nie ma instagrama, nie ma zdjęć. Mam komputer i bloga. Myślę sobie, że może czas zacząć. Patrzę w pokoju, a tu nawet krzesła jednego nie ma. Próbuję w łóżku pisać, plecy bolą. Myślę, że nie będę w takim razie pisał, bo nie ma krzesła. Bez krzesła blogera nie piszę!!! Chyba strata telefonu i aparatu wciąż mnie jeszcze boli – po trzech oddechach myślę. No dobra, siadam i zaczynam klikać. Fajnie całkiem mi się klika, jestem chyba zwyczajnie klikania stęskniony. Dobrze jest tak się stęsknić za klikaniem. Jeśli będę trafiał do miejsc z internetem, co nie jest tu wcale takie oczywiste, to będę robił wpisy i zdjęcia publikował.

Nie chce mi się wspominać tego, co do tej pory tu się stało. Na fb i na instagramie są zdjęcia z opisami. Dzisiaj siły zbieramy, bo jutro ruszamy w drogę. Z Koh Ngai na Koh Lipe. Sączymy dzień przez rurki tak wąskie, że ledwie co łykać się daje. Cztery tukany w koronach palmowych drą się na siebie od rana, jak ludzie, no mówię wam, zupełnie jak ludzie. A może to ludzie się komunikują ze sobą jak jakieś tukany? Barakuda w nocy przy brzegu grasowała, zjadła mi rybę, którą z wysiłkiem holowałem. Wyciągam w zupełnych ciemnościach sam łeb. Co to za ryba dziwna, myślę. Świecę latarką i widzę tę krwawiącą głowę, która w najlepsze oddycha i dławi się w szoku wciąż żywa. Ruszam za chwilę na wyprawę do lasu porastającego gładko zaokrąglone wzgórza w sercu wyspy. Odezwę się niebawem, jeśli tylko w hotelu na kolejnej wyspie będzie na mnie czekało wygodne krzesło. Bez krzesła nie piszę.

Prywata, czyli co robię gdy nic nie robię na północy Nowej Zelandii w Coromandel i Bay of Islands

auckland last pic

Czas dla siebie

Zwolniłem. Poczułem, że moja podróż zbliża się do końca. Często mówię moim słuchaczom i piszę moim czytelnikom o podróży, jako o metaforze naszego życia – banalne i przez wielu używane porównanie. No ale co zrobić, skoro naprawdę pasuje. Choć różnie bywa z objawami. U mnie pojawia się najpierw samotność, a raczej samotniczość, czyli taka wersja bycia samym, która nie jest dopustem bożym, ale wyborem, którego dokonałem osobiście, z którego korzystam dla siebie i innych, darem, za który jestem wdzięczny. Kocham swoją samotniczość, zabiegam o nią, sycę się nią, pływam w niej, czerpię z niej, przesiąkam nią, by móc potem nią emanować wśród ludzi i dla ich dobra.

auckland - tairua

Miłość bez trudu

Swoją samotniczość przeżywam w Coromandel. To półwysep, który znajduje się około 150 km na wschód od Auckland. Wymarzone miejsce na długie weekendy i wakacje mieszkańców największego miasta Nowej Zelandii. Trudno się w nim nie zakochać, a że ja nie miałem ochoty na trud, to się zakochałem. Cudowne miejsce, wymarzone na wypoczynek, ma taką właśnie atmosferę, powolną, słoneczną, ciepłą.

Zwłaszcza na Hot Water Beach, gdzie gorące źródła znajdują się tuż pod powierzchnią piasku plaży. Ludzie przychodzą tu rano, bo przestrzeń plaży nad gorącymi źródłami nie jest wcale taka wielka, więc kto pierwszy, ten lepszy. To znaczy, kto pierwszy, ten będzie miał możliwość rozpoczęcia porannego rytuału. Łopatka i kopiemy swój własny dołek, basenik, wanienkę. Dół wypełnia się wodą, gorącą, taką, że aż parzy. Każdy ma swoją łopatkę, można je tu pożyczyć, i każdy ma swój dołek. Dołki są różne, mniejsze i większe, głębsze i płytsze, zależne od woli i zaangażowania kopiących wczasowiczów. Leżymy, ja się wprosiłem do jakiegoś JAFA (Just Another Fuckin’ Aucklander – jak pieszczotliwie określają tu mieszkańców Auckland pozostali mieszkańcy Nowej Zelandii). Najpierw wykopałem dołek z zimną wodą i zaproponowałem mu, że można zrobić kanał i dopuścić mojej zimnej do jego ciepłej i będzie idealna. Pomysł padł na podatny grunt i ja padłem do największego baseniku na plaży.

auckland - hot water beach

Cały Coromandel to góry porośnięte pięknym, subtropikalnym lasem, które spływają w spektakularny sposób do Oceanu. Ludzie mieszkają i wypoczywają na styku morza i spływających do niego gór. W głębi półwyspu panuje niezmącony spokój. Tam znajduje się mnóstwo świetnych szlaków dla miłośników dzikiej przyrody, przygody, samotniczości i łażenia, albo jeżdżenia po górach – jest taka trasa, ubita, ziemna droga przez środek półwyspu, spektakularna, niesamowita, pokręcona, jak zmienne losy człowiecze.

auckland - coromandel

 

 

 

 

Bay of Islands

Również senna okolica, a zwłaszcza teraz, czyli jesienią. Pomarańcze i cytryny dojrzewają właśnie na drzewach. Turystów niezbyt wielu. Puste plaże. Na prom do Russell wchodzi ledwie kilka osób. Na końcu początek. Jestem tu, gdzie to wszystko właśnie się zaczęło. Najstarszy budynek w Nowej Zelandii, najstarszy hotel, garbiarnia skór, która zamieniła się w pierwszą drukarnię świętych książek. Waitangi, Deklaracja Niepodległości, Traktat z wodzami lokalnych Maoryskich plemion. Początek państwowości. Nowa Zelandia – 1835 rok. Początek. Jedna z najbardziej dojrzałych demokracji świata. Bez zaszłości. Budowana na zdrowym pniu potężnego drzewa Kauri. Znakomicie prosperująca gospodarka, prawa, wolności, równouprawnienie kobiet, jeden z najlepszych na świecie systemów edukacji, wysoki poziom życia, otwartość na drugiego człowieka, wzajemna akceptacja. Czasem trudna, wymagająca, ale polubownie prowadzona wspólnota z rdzennymi mieszkańcami tych ziem. Rany przeszłości leczą się z czasem, w oparciu o dobre rozwiązania i decyzje, uwzględniające potrzeby zainteresowanych. Dwie kultury wzajemnie z siebie czerpią, jedni zapewniają korzenie, a drudzy gałęzie, z których dojrzałe owoce spadają na ich wspólną ziemię.

auckland - russell

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Paihia życia

Samotniczość tak zwykle się dopełnia. Poznaję wspaniałych ludzi, by móc być z nimi z pełni siebie. Razem bawimy się tak, że noc się miesza z dniem, w wirze radości tańczymy zapamiętale, droga mleczna nocą wyraźna jak nigdzie wiruje teraz nad naszymi głowami, by znów się rozmyć, jak dym ognisk nad obozami Maorysów. Mężczyźni tańczą Haka, kobiety tańczą wraz nimi, szaleńczy, dziki taniec wolności. Emanacja nieskrępowanej pasji życia. Boją się tylko ci, którzy się boją życia. Na koniec? Na początek? Co zostaje? Nie musisz niczego zostawiać. Weź ze sobą wszystko, czego ci potrzeba teraz. Teraz!!!…

Jestem : – ) – z powrotem w Polsce.

True You soon

W środku aktywnego wulkanu – White Island, Bay of Plenty, North Island, New Zealand

wi13

Wrrrrrrrrrrrrr

Wczesnym rankiem, w blasku wschodzącego słońca wsiadamy w Whakatane na łódź i wypływamy w morze. Bezchmurne niebo, niezbyt wysokie fale lekko, przyjemnie kołyszą. Panuje obezwładniająca atmosfera relaksu, jest nawet trochę sennie.

Po co mi jakieś mantry przy porannej medytacji, przecież wystarczy porządny silnik diesla firmy Honda i już jestem w transie. Przypomina mi to odkurzacz, który włączaliśmy z żoną, gdy chcieliśmy uśpić naszą córkę, kiedy była niemowlęciem. Te wszystkie jednostajne dźwięki działają na nas w taki kojący sposób, bo przypominają naszej głębokiej pamięci czasy prenatalne – w brzuchach mam nam tak jednostajnie buczało – cała tajemnica transu. Tam czuliśmy się bezpiecznie. Łakniemy tego poczucia, bo wciąż nam go podświadomie w życiu brak. Na bardzo wiele sposobów, zwykle głupich i nieskutecznych, staramy je sobie zapewnić. Z tej potrzeby niezaspokojonej stworzyliśmy cały nasz system społeczny, dążności, aspiracje, starania, ambicje, alianse, związki, rodziny, używki, lodówki, kasty, gówniane żarcie, pieniądze, cywilizacje, przepisy, religie, święte sakramenty, tytuły naukowe, broń, sądy, wyroki i wojny. Potrzeba bezpieczeństwa jest najsilniejszym imperatywem determinującym nasze postępowanie, tyle że jej zaspokojenia w większości poszukujemy na zewnątrz, w świecie, który nas otacza, w innych ludziach, a jedyną możliwością jest zbudowanie poczucia bezpieczeństwa w sobie. Czy da się to zrobić? Da się. Jak? A to już temat na zupełnie inne doświadczenia. Nie zapominajmy, że jestem na łodzi i sobie oddycham w oparach spalonej ropy.

Wodne pluszaki

A więc siedzimy i koimy się ale nie wypada być takimi ukojonymi, bo to przecież może być nuda, a nuda jest niedopuszczalna i niemile widziana. Zatem członkowie załogi podchodzą do uczestników wyprawy, zagadują, opowiadają, żartują, ożywiają rozmową ten nietakt. Ludzie więc angażują się w obrosłe kanonami społecznymi mielenie językami. No wreszcie jest jak trzeba – wszyscy gadają. Entuzjazm eksploduje po chwili, gdy zostajemy wręcz osaczeni przez stado około 20 delfinów – common dolphin, czyli zwyczajne, choć dla mnie niezwykłe – które zaczynają płynąć wzdłuż burt, skakać nad powierzchnię wody, ścigać się z nami, ewidentnie bawić się naszym towarzystwem.

wi2

Koniec żartów

Niedługo później zaczyna się. Ci, co nas tak zapamiętale zagadywali, przynoszą na pokład dwa wielkie wory. W jednym z nich są żółte kaski, a w drugim czarne maski. Każdy ma założyć swoje. Zaczynają się bardzo szczegółowe instrukcje co do tego jak mamy się zachowywać, co robić, a czego nam kategorycznie nie wolno. Tych instrukcji zabraniających jest zdecydowanie najwięcej. Przybijamy do wyspy, nad którą unoszą się kłęby dymu, jak nad fabrycznym kominem, który nie podlega ścisłym restrykcjom opisanym przez jaką dyrektywę Unii Europejskiej. Pontonem ze statku przedostajemy się na ląd. Oto stanąłem właśnie na gorącym gruncie wyspy – aktywnego wulkanu, który ostatnią erupcję zaliczył w zeszłym tygodniu. Tak, tak, nie kilka lat temu, ale w zeszłym tygodniu i wciąż jest bardzo niespokojny. Szumi, buczy, trzeszczy, piszczy, wyje. Chmury dymu i wżerające się w płuca opary siarki sprawiają, że wszyscy, którzy jeszcze nie założyli masek zaczynają panicznie kaszleć. Krajobraz… no właśnie, jak określić ten krajobraz? Ciężko to z czymś porównać. Unikalny, spektakularny, baśniowy, ale to z jakichś mrocznych baśni, filmów sience-fiction, Obcy z Sigourney Weaver, czy coś w tym rodzaju. Jesteśmy w środku krateru żywego, wzburzonego wulkanu. Drugi poziom zagrożenia. Przewodniczka rusza pierwsza, by ocenić czy da się iść dalej. Wraca, co oznacza, że możemy ruszać.

wi11 wi14

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podróż do wnętrza ziemi

Wewnętrzne ściany i dno krateru pokryte są pyłem, który poświadcza o ostatniej erupcji. Wszędzie w koło ziemia dosłownie pali się nam pod stopami. Dochodzimy do krawędzi, do miejsca, z którego wydobywa się ten dym widoczny na dziesiątki kilometrów. Jądro ziemi, fantastyczny spektakl, którego ni jak nie potrafię opisać. Kosmiczne przeżycie, nierealne wręcz, magiczne. Przewodnicy coś mówią, ale nikt ich nie słucha. Z tego transu nikt nie chce się dać wyrwać. Stoimy oczarowani, wpatrzeni w środek ziemi, jakby w samych siebie. Piekło? Niebo? W tej chwili – czy to ma jakieś znaczenie?

wi15 wi17

True You soon

Do piekła jest najbliżej z Nowej Zelandii

Byłem grzeczny, więc poleciałem do Piekła

„…Lecz „nic to” – śmierć, czy „nic to” – życie?
Potyczki, zwady i miłostki?
Do nieba leci Mały Rycerz,
Do nieba jest najbliżej – z Polski…” – śpiewał mój ukochany mistrz pióra, czarodziej słowa, tytan intelektu Jacek Kaczmarski.

 

To ja sobie dzisiaj pośpiewam z dużo mniejszym kunsztem, ale za to z bliską mi skłonnością do przekory, o tym jak z Nowej Zelandii jest blisko do piekła. Diabeł musiał upodobać sobie to miejsce, skoro tak blisko powierzchni umiejscowił swoje podziemne królestwo. A kto zwykł zapierać się, że tylko niebo takie super, a co od pana ciemności pochodzi to grzech, sromota, na które jeno krzyżyk i woda święcona, to proszę sobie popatrzeć.

rot6

 

 

 

rot5 rot8

Zatoka obfitości

Jest takie miejsce w Nowej Zelandii, gdzie szczególnie uwidaczniają się wszelkie zjawiska geotermalne. Zlokalizowane są one wszystkie w okolicy miasta Rotorua, w regionie o pięknej nazwie Bay of Plenty. I faktycznie mnóstwo tu tego wszystkiego. Bulgoczące błota, gorące rzeki, gotujące się jeziorka, syczące z wnętrza ziemi gazy, buchająca ze skał para, szumy i pomruki, tryskające w niebo gejzery i pewien stawik, który miał dla mnie ogromne znaczenie.

rot2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zamiast się dowiadywać, doświadczaj

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze wieże WTC piętrzyły się dumnie nad nowojorskim Manhattanem, umyśliłem sobie, że chcę pracować w Magazynie Turystycznym „Podróże”. Od dostępnego mojej pamięci „zawsze” zupełnie porąbany byłem na punkcie piękna świata, jego różnorodności, bogactwa kultur, języków, zwyczajów ludzi, zjawisk przyrody. Chciałem odkrywać, poznawać, docierać, zdobywać, dotykać, stawać się częścią, doświadczać wymiany, poczuć, posmakować, wtapiać się, a jednocześnie być w drodze. A właśnie. Wyobraźcie sobie, że wypożyczyłem parę dni temu samochód. Stoję sobie i patrzę na niego dzień po tym jak pisałem o chodzeniu i tych całych oświeconych mądrościach, a tu nagle mój wzrok przykuwa napis nad tablicą rejestracyjną : – ) No sami zobaczcie:

rot12

 

A wracając do Magazynu Turystycznego „Podróże”. No wymarzyłem sobie, wierzyć nie śmiałem…, a własnie, że śmiałem i śmiało napisałem do Pani ówczesnej red. nacz. Danuty Zdanowicz. I choć nie do redakcji, to do działu reklamy mnie przyjęli, bo wykształcenie miałem marketingowe. A co to ma wspólnego z Nową Zelandią? A ma, bo pierwszy numer „Podróży” do którego załatwiałem reklamy, i załatwiłem : – ) to był numer z tematem przewodnim… napięcie rośnie… No… Nowa Zelandia, a na okładce zdjęcie… pewnego stawiku, który miał dla mnie ogromne znaczenie. Jesteśmy już coraz bliżej rozwiązania tej wielowątkowej, zagmatwanej historii.

A co tam kieliszek, a co tam wiadro – cały staw

Stawik nazywa się Champagne Pool i faktycznie woda w nim buzuje, jak szampan. Wtedy, gdy ten numer się ukazał, to było dla mnie wielkie święto, bo to pierwszy numer „Podróży” za mojej kadencji, rozumiecie, ja w „Podróżach”, moje marzenie, w numerze moje reklamy, no i ta Nowa Zelandia, i ten cały basen szampana na tę okoliczność mojego święta. Czytałem każdą literkę tego numeru po kilka razy. Wymarzyłem wtedy sobie, że tam kiedyś pojadę, do tej Nowej Zelandii, w związku z którą rozpoczął się wtedy nowy okres w moim życiu. Dzięki temu, że mnie wtedy przyjęto do „Podróży” zacząłem pracować w mediach. Po „Podróżach” były kolejne wydawnictwa. A w jednym z nich poznałem moją cudowną, kochaną żonę. Moje życie wtedy, gdy pozwoliłem sobie na „wysiłek” pójścia za głosem moich marzeń diametralnie uległo zmianie. Przestawiłem zwrotnicę. I powiem wam, że to nie tylko wtedy. Przyjrzałem się mojemu życiu, jestem w kontakcie z moimi klientami w coachingu. Zawsze wtedy, gdy pozwalamy sobie na taki zdecydowany krok w zgodzie z sobą, to zwrotnica się przestawia i ma to ogromny, korzystny wpływ na nasze życie. Echhh… Aż mnie zatyka wzruszenie… A może to odór tych wszystkich tutejszych wyziewów? Cała okolica śmierdzi zepsutymi jajami. Ech panie diabeł, może by tak kąpiel… Ja wziąłem takową w gorącej rzece uprzednio namydliwszy się dokładnie zawilgoconą białą skałą zdrapaną ze ścian jaru w którym rzeka płynie – oczywiście za namową miejscowych Maorysów, za namową których do tego wrzątku wszedłem. Mówią, że za takie kuracje ludzie w kąpieliskach Polynesian Spa w Rotorua ciężko płacą, a tu przyroda za darmo rozdaje, jak tym fokom ryby w ławicach, o których wcześniej pisałem.

rot9

Pozwoliłem sobie na pójście za głosem moich marzeń i przyjechałem do Nowej Zelandii. I stoję w Wai O Tapu, około 30 km na południe od Rotorua, a przede mną on, największy na świecie kieliszek szampana, i to na gorąco : – ) Cheers – za zdrowie tych, którzy pozwalają sobie na to, by przestawiać zwrotnice.

rot4 rot7

 

Niebo, czy piekło dumam wieczorem? Do nieba w sumie i tak po śmierci pójdę, bo jestem dobrym człowiekiem, więc może by tak bliżej piekła za życia? Diabeł słysząc to podekscytowany w ekstazie aż… hmm… no sami zobaczcie, jak potrafi podniecić się diabeł:

rot11

True You soon

Na dworze Franciszka Józefa cicho, mroczno i chłodem wieje

FJ and me

 

(Nie)unikniona zagłada

Szczęście mi sprzyja, bo właśnie dotarłem do Franz Josef i jeszcze nie pada. Bez zbytniego ociągania się biegnę 9 km do lodowca spływającego z wysoka, bo aż od Mt. Cook, najwyższego szczytu NZ. Co prawda ostatnimi laty język lodowca się cofa, ale i tak wciąż robi wrażenie. Biegnę, bo niebo coraz groźniej wygląda, a prognozy są bezwzględne i nie pozostawiają złudzeń. Jestem już tuż pod nim. Monumentalny, mroczny, zjawiskowy. Wygląda to tak, jakby Biblijny Potop miał za chwilę połknąć nie tylko mnie, ale cały świat. Jak już pisałem język się cofa, więc jest nadzieja : – ) choć tuż po moim powrocie (wróciłem autem z miłą parą hindusów z Mumbai’u) lunął totalny deszcz. Jak nie z gór, to z góry. No chyba jednak ten potop jest nieunikniony : – ) Póki co wyrok odroczony. Franz zamienił się w słup soli… to znaczy w język lodu. Sodoma i Gomora : – ) Chociaż parę dni temu widziałem na aucie jakichś hipisów taki napis: If you don’t sin it means that Jesus died for nothing : – ).

FJ Glacier 1 FJ 2

 

(Nie)my podziw

I jeszcze kilka zdjęć z drogi, bo po co tu słowa.

tasman sea 4 tasman sea 1 tasman sea 2 tasman sea 3

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Di)abel Tasman

Nie będę pisał więcej, bo potrzebuję się przygotować. Jutro ruszam na szlak – Abel Tasman Geat Walk, jeden z 8 Wielkich Szlaków Nowej Zelandii. Zasięgu tam nie ma, więc odezwę się dopiero za 4 dni. Przez ten czas tylko ja, plecak, namiot i oszałamiająca przyroda północno-zachodnich rubieży Wyspy Południowej.

Pozdrawiam z Nelson

True You soon

Kościół Chrystusowy zatrząsł się w posadach, rozsypał się i wyludnił

christchurch ghost city 1

Przerażająca pustka

Pusto na ulicach, nikogo na chodnikach, wokół straszą mroczne oczodoły okien porzuconych domów. Plączemy się po centrum miasta z Francuzem Haroldem, którego poznałem w drodze. Żywego ducha. Jest wieczór, szukamy jakiejś knajpki, czegokolwiek, gdzie można coś zjeść. Nie ma. Wokół przygnębiający widok. Jakieś budynki, które kiedyś były kamienicami dbającymi o urok najbardziej Angielskiego z miast Nowej Zelandii, zachowały jedynie partery, nad którymi piętrzą się nieregularne kikuty drutów zbrojeniowych, cegieł, betonu i drewna. Wokół rozległe, puste przestrzenie. Żartujemy z kwaśnymi minami, że przynajmniej z miejscami parkingowymi nie mają tutaj kłopotu. Niegdyś dumna katedra na głównym placu strzelająca ku niebu dwiema wieżami, dziś wygląda jak podarta na strzępy chałupina z dwiema głębokimi ranami po zawalonych wieżach. Brzydko tu i przygnębiająco. Na dodatek siąpi deszcz i robi się dosyć chłodno. Brzydotę miasta pogłębiają niezliczone budowy, dźwigi, rusztowania, metalowe konstrukcje budowanych naprędce biurowców. Rozmawiałem z miejscowymi o tym co tu się dzieje po tym co się stało. Ludzie mówią, że nie ma zbyt wielu chętnych na mieszkanie tutaj, choć władze lokalne kuszą jak mogą. Mnóstwo ludzi wyprowadziło się. Wiele firm przeniosło swoje siedziby głównie do Auckland. Teraz to miasto firm budowlanych. Więcej tu panów w pomarańczowych kamizelkach i żółtych kaskach i różnych śniadych odcieniach skóry, niż mieszkańców.

christ 4

 

Ziemia pokazała niebu, kto tu rządzi

22 lutego 2011 roku w godzinach lunchu ziemia zatrzęsła się pod Christchurch. Nie potrzebowała wcale dużo czasu, by zrównać niegdyś piękne, drugie co do wielkości miasto Nowej Zelandii ze swoim poziomem. Zginęło prawie 200 osób, większość z nich to pracownicy budynku Canterbury Television CTV, który zawalił się i stanął w płomieniach. Nie było to pierwsze trzęsienie ziemi w tym mieście. Raptem rok wcześniej nawiedziło ono miasto, które jeszcze nie zdołało się po nim podnieść. To było zbyt wiele dla jego mieszkańców. Wielu z tych, którzy przeżyli nie chciało czekać na kolejną tragedię.

christ 3

 

Ogrody wiecznie żywe

Na tyłach Canterbury Museum, znajduje się ciągnący się aż ku brzegom rzeki Avon, obejmujący 30 hektarów, piękny Ogród Botaniczny. Naprawdę oaza i to nienaruszona trzęsieniem ziemi oaza, raj w środku piekła. Ponad 10 000 gatunków roślin, pięknych, starych drzew, których korzenie pozwoliły im przetrwać. Ogród jest wypielęgnowany, kwitną w nim niezliczone kwiaty, no naprawdę chce się tam być, a wręcz nie wychodzić, przeczekać i najlepiej jakimś balonem, albo helikopterem odlecieć z Christchurch i raczej tu nie wracać.

christ 6

True You soon