Jamrock Night Reagge, czyli o samotniczości, która otwiera prawdę głębokiej relacji

jamrock 2

Dzisiejszy wieczór spędzam sam w domku na kurzej stopce, na zboczu wzgórza stromo opadającego ku zacisznej zatoce na zachodnim brzegu Koh Lipe. W drugim domku śpią moje współtowarzyszki w podróży. Domki maleńkie, więc wziąłem dwa, żebyśmy mogli się wygodnie wyspać. Myśl o tym, co chcę napisać pojawiła się we mnie już kilka dni temu i dojrzewała czekając na taki właśnie wieczór.

Jakże wiele zmieniło się we mnie, w moim życiu, w moim stosunku do życia, siebie samego i innych ludzi. Sporą przemianę przeszedł mój stosunek do podróży, siebie w podróży, mojego stylu podróżowania, moich podróżniczych zwyczajów, rytuałów, priorytetów. Metaforyczna podróż przez życie splata się i przenika z doświadczeniem moich podróży, w które jeżdżę od lat. Samotny wilk, dzikus, podążający swoimi ścieżkami, tramp, wagabunda, który za nic ma kompromis, któremu przeszkadzają ludzie, stroniący, trzymający się z dala, zaszywający się w lasach deszczowych, na bezludnych wyspach, na odludziu. Zarośnięty, gwiżdżący z ptakami częściej, niż mówiący do innych ludzi. A jeśli jeździłem z innymi, to na moich warunkach, pod moje dyktando, bez uwagi na osobę, z którą jechałem, bez widzenia ludzi wokół. Paradoksalnie, ta właśnie samotniczość otworzyła mnie na siebie i innych. Była szorstka i trudna, ale potrzebna. Czasem bolesna, ale pomogła otwierać, co wcześniej było pozamykane.

I oto przychodzi taki czas, gdy wsiadam na pokład samolotu w towarzystwie bliskich mi osób, zabieram je w podróż, a raczej staję za nimi, blisko i w roli dyskretnego towarzysza stwarzam im bezpieczną przestrzeń do tego, by mogły poznawać, przezywać i doświadczać siebie. Podążam wraz z nimi bez żadnych oczekiwań względem naszej drogi, nie ma we mnie najmniejszych ambicji. Niczego nie muszę, nic nie powinienem, nie mam swoich planów, nie zmierzam. Jestem z nimi, cieszę się z nimi ich marzeniami i wspieram w tym, by je zamieniały w konkretne doznania, by syciły się swoimi pierwszymi razami, nawet po wielokroć dziennie. Prowadzę je ale tak niepostrzeżenie, by czuły dreszczyk emocji, by miały przed sobą przestrzeń potencjałów, nieznanych możliwości i w nich się całymi sobą odkrywały. Cieszę się tą moją rolą, dzielę się sobą i swoim doświadczeniem, lecz nie nauczam, nie mądrzę się i nie nastaję, by szły jakąkolwiek wydeptaną przeze mnie ścieżką, by powtarzały moje rytuały. Nie ma dla mnie sprawy, że nie robią tak, jak ja kiedyś uważałem za najlepsze. Nie ma już we mnie szyn, na które bym miał ustawiać moje towarzyszki, by zgodnie z rozkładem jazdy do stacji dotarły o czasie. Cieszę się tymi drogami, które dla siebie wybierają. Cieszy mnie radość ich zaskoczeń i z troską współodczuwam smutek ich rozczarowań zmieszanych z gorzkim smakiem wyobrażenia o tym, że doświadczają porażek. Jesteśmy razem w każdym ich przeżywaniu. Jesteśmy razem. Jestem z nimi i dla nich. Nie mówię, że wiem co się stanie, bo nie wiem, lecz daję im poczucie pewności, które wynika z pewnego cennego daru, jaki mi dało moje podróżnicze życie. Mam w sobie ufność, mam w sobie wiarę w procesy życia i z niej ta siła się bierze, jakiej nie zbudujesz na żadnej siłowni, nie napompujesz jej sterydami. Czują ją we mnie i na niej oparcie znajdują w każdej z chwil, w których oparcie jest im potrzebne. Takie poczucie własną moc w nich wyzwala i na niej budują jedyny możliwy, wewnętrzny fundament. Radość, lekkość, entuzjazm, swoboda otwierają je na dzianie się, bo nikt z nas nikim nie jest, lecz każdy bez końca się staje. One stają się na moich oczach i w tym największe piękno dostrzegam i największą prawdę.

W podróży, w której ja dla nich się dzieję dzieląc z nimi ich światy, ich światy jednym się stają z niebem, morzem i ziemią, a one się stają swym dzianiem.

Our love Thailand

One Foot Island, Aitutaki Lagoon, Cook Islands, South Pacific

on boat lagoon

Skąd ta nazwa One Foot się wzięła?

Dawno, dawno temu do laguny wpłynęły vaka (łodzie) wrogo nastawionych wojowników. Bez zbędnych powitań zaczęli zabijać lokalnych mieszkańców. Przeważali liczebnie i nie mieli ochoty brać żadnych jeńców. Ojciec z synem zdołali umknąć z wioski i ruszyli łodzią ku najodleglejszemu krańcowi laguny. Kilku wojowników dostrzegło oddalającą się łódź i ruszyło za nią. Przewaga jaką mieli uciekinierzy pozwoliła im dotrzeć do ostatniej w lagunie wyspy. Ojciec spodziewał się, że nie zdołają uciec pościgowi. Wpadł więc na pomysł. Zdecydował, że weźmie na ręce syna tuż przy samej łódce. Zaniósł go do wielkiego, rozłożystego drzewa, kazał wspiąć się najwyżej jak potrafi, ukryć w gęstej koronie i czekać tam bez ruchu aż będzie bezpieczny. Syn schował się, a ojciec ruszył w poprzek wyspy. Wojownicy również przybili do brzegu i już pędzili przez wyspę tropem zostawionych w piasku śladów. Na przeciwległym krańcu wyspy dopadli ojca i zabili go, a ciało zostawili na plaży. Z poczuciem spełnionego obowiązku wrócili do swojej łodzi i odpłynęli. Nie wiedzieli, że chłopiec siedzi na drzewie, bo jedyne ślady jakie dostrzegli należały do jego taty.

 

Właśnie stamtąd wróciłem. Kilka zdjęć zamieszczam poniżej. Nie chcę więcej pisać. Niech zdjęcia popiszą za mnie.

True You soon

akuiami motu 2 akuiami motu krabik 2 na palmie 3 one foot 4c

True You – wyjątkowy, ekskluzywny weekend dla Pań

Zrób sobie szczególny prezent. Zobacz i poczuj się na nowo, odkryj swoje piękno, wyzwól poczucie własnej wartości i pewności siebie. Połącz doświadczenie warsztatu rozwojowego z kompleksową stylizacją obejmującą fryzurę, makijaż, paznokcie, dobór ubrań, zakupy w towarzystwie stylisty. Uwiecznij to wszystko na profesjonalnych fotografiach. Szczegółowy program znajdziesz na stronie Platformy Rozwoju Orange Tree of Life http://www.otol.euhttp://www.otol.eu/PL/trueyou.html