Bloger chair, czyli o niewygodnym usprawiedliwieniu milczenia w Tajlandii

holy tree

Od dwóch tygodni w podróży i ani słowa na blogu. Już nawet przestali mi przypominać o tym, że od dawna nie ma moich wpisów. No co zrobić. Tym razem jestem w podróży w towarzystwie. To dla mnie niezwyczajna sprawa, bo zwykle sam i wieczory wolne, myśli wolne, czas wolny, jak w reklamie piwa. A tym razem jestem dla najbliższych dzieląc się z nimi swoim doświadczeniem, pokazując świat, który kocham i do którego jeżdżę, gdy one zostają. Teraz razem rano, wieczór, we dnie i w nocy. Do tego jeszcze jest instagram. Jakież to proste. Zdjęcie, opublikuj, przytnij, trzy linijki tekstu, poleć na FB i jest załatwione. I tak większość nie ma czasu czytać moich wywnętrzeń, przemyśleń, opisów przeżyć i wrażeń. Ludzie mają w nadmiarze swoich wlasnych. A w ogóle to po co czytać, toż to tylko złość człowieka bierze, że ten to sobie po tropikach w samych majtkach gania, a ja w robocie, w korkach, w kufajkach, szaro – buro, wieje i leje. Po co się denerwować. Rozumiem, więc nie pisałem do dzisiaj. Czemu do dzisiaj właśnie? Telefon dzisiaj zablokowałem, bo mi się zachciało mieć blokadę z czytnikiem linii papilarnych. Palce mi się w basenie rozmokły, zgrubiały i pofałdowały jak u topielca i z uporem maniaka chciałem telefon otworzyć, żeby zdjęcie zrobić i trach, zablokowany. Podaj hasło woła telefon. Jakie hasło? Zapomniałem, nie mam pojęcia. No i nie ma instagrama, nie ma zdjęć. Mam komputer i bloga. Myślę sobie, że może czas zacząć. Patrzę w pokoju, a tu nawet krzesła jednego nie ma. Próbuję w łóżku pisać, plecy bolą. Myślę, że nie będę w takim razie pisał, bo nie ma krzesła. Bez krzesła blogera nie piszę!!! Chyba strata telefonu i aparatu wciąż mnie jeszcze boli – po trzech oddechach myślę. No dobra, siadam i zaczynam klikać. Fajnie całkiem mi się klika, jestem chyba zwyczajnie klikania stęskniony. Dobrze jest tak się stęsknić za klikaniem. Jeśli będę trafiał do miejsc z internetem, co nie jest tu wcale takie oczywiste, to będę robił wpisy i zdjęcia publikował.

Nie chce mi się wspominać tego, co do tej pory tu się stało. Na fb i na instagramie są zdjęcia z opisami. Dzisiaj siły zbieramy, bo jutro ruszamy w drogę. Z Koh Ngai na Koh Lipe. Sączymy dzień przez rurki tak wąskie, że ledwie co łykać się daje. Cztery tukany w koronach palmowych drą się na siebie od rana, jak ludzie, no mówię wam, zupełnie jak ludzie. A może to ludzie się komunikują ze sobą jak jakieś tukany? Barakuda w nocy przy brzegu grasowała, zjadła mi rybę, którą z wysiłkiem holowałem. Wyciągam w zupełnych ciemnościach sam łeb. Co to za ryba dziwna, myślę. Świecę latarką i widzę tę krwawiącą głowę, która w najlepsze oddycha i dławi się w szoku wciąż żywa. Ruszam za chwilę na wyprawę do lasu porastającego gładko zaokrąglone wzgórza w sercu wyspy. Odezwę się niebawem, jeśli tylko w hotelu na kolejnej wyspie będzie na mnie czekało wygodne krzesło. Bez krzesła nie piszę.

Krok IV – Spełniaj

Przyszedł czas na krok VI budowania świadomej marki osobistej – SPEŁNIAJ. Obejrzyj film, w którym go przybliżam.

https://www.youtube.com/watch?v=bJgRQrfyj_k

Wyzwól w sobie świadomego przywódcę cz. XIV – Moja historia, czyli jak dojrzewałem do odkrycia i stworzenia programu True You.

Dlaczego wspieram ludzi w o odkrywaniu ich własnej autentyczności i budowaniu świadomej marki osobistej?

Czy można nie być sobą? Czy da się w ogóle budować markę nieświadomie? Ależ oczywiście, że tak. Znam to z autopsji. Przez większość swojego życia borykałem się z własnym zagubieniem, zmagałem się sam ze sobą. Borykając się z własnymi uwarunkowaniami, ograniczającymi przekonaniami na temat siebie, innych osób i świata, nieświadomie krzywdziłem siebie i ludzi mi bliskich. Nie umiałem budować głębokich, otwartych relacji. Potrzebowałem zaznaczać własną Wartość, ponieważ brakowało mi wewnętrznej pewności siebie. Zupełnie bezwiednie przechodziłem przez procesy, jakie we mnie się zadziewały. Gdy pozwoliłem sobie odejść z pracy, w której się męczyłem, założyłem własną agencję brokerską. Ta okazała się finansowym sukcesem. Miałem więc czas i pieniądze, by zrealizować swoje odwieczne marzenie o poznawaniu różnorodności świata. Wyjechałem sam, daleko od dotychczasowego życia. Z krótkimi przerwami podróżowałem po Afryce, Ameryce Południowej, a przede wszystkim po Południowej Azji przez sześć niesamowitych, wspaniałych lat. Był to czas ogromnych przemian wewnętrznych, niezwykłych przygód, pouczających spotkań, ogromnych wzruszeń i nauk, które opisałem w mojej książce Naga Asu. Wreszcie stawałem się gotów.

Otworzyłem na oścież wszystkie drzwi i okna

Wciąż nieumiejętnie, z trudnościami, ale już z otwartością na samego siebie zacząłem odkrywać, poznawać, rozróżniać, wyprowadzać na światło dzienne cienie, których się wcześniej obawiałem. Wyprowadzone na światło słoneczne znikały, a jednocześnie objawiały się moim oczom obrazy, których wcześniej nie dostrzegałem. Nie zawsze były przyjemne, nie zawsze pasujące do moich wcześniejszych wyobrażeń. Jednak to wtedy właśnie odkryłem swoje powołanie i siłę, by za nim pójść, choć nie było to wcale łatwe. Bałem się co z tego wyniknie, czy podołam, co powiedzą inni, jak to wpłynie na moją sytuację finansową, czy ludzie będą chcieli korzystać z mojej pomocy. Mimo tych obaw zacząłem przygotowywać się do swojej roli, bo dostrzegłem kim chcę być, co chcę robić, jak dzielić się sobą z innymi ludźmi dla ich dobra. Sześć lat trwała moja edukacja, w czasie której czerpałem z wielu szkół pracy pomocowej, by móc korzystać z tego, co w nich najlepsze. Przez ostatnich kilka lat pracowałem indywidualnie z setkami osób, przemawiałem i prowadziłem warsztaty dla tysięcy.

Człowiek, pasja, życie

Pasjonowało mnie szczególnie takie podejście indywidualne, gdzie pracuję z człowiekiem kompleksowo, nad poukładaniem poszczególnych elementów, zsynchronizowaniem ich, dotarciem, by razem sprawnie działały tworząc skuteczny mechanizm. Moje doświadczenia wsparte wiedzą, jaką od lat w tym temacie pogłębiam zaowocowały ideą, która z czasem przekształciła się w ustrukturalizowany program. Przez długi czas dopracowywałem go, dopieszczałem, sprawdzałem w działaniu. Program True You jest kwintesencją mojego życiowego dorobku, klamrą spinającą osobiste doświadczenie, wiedzę, własne potrzeby, a przede wszystkim potrzeby ludzi dla których działam. Człowiek jest moją pasją, miłością, dziedziną wiedzy i doświadczenia, której oddałem swoje życie. Robię to, co robię, bo chcę pomagać innym w życiu z pełni ich własnego, zidentyfikowanego, autentycznego potencjału, z którego zwykle nie zdają sobie sprawy, do którego sami nie potrafią dotrzeć. Dzięki naszej pracy mogą sprawniej, w zgodzie z sobą, bardziej świadomie realizować swój życiowy sukces. Koordynowanie tego procesu jest spełnieniem mojej życiowej misji.

Całe życie prowadziło mnie do miejsca, w którym jestem. Całe życie przygotowywało mnie do dzieła, które spełniam.

 

Jest kilka sił, jakie mają wpływ na budowanie świadomej marki osobistej? W kolejnych wpisach zaprezentuję je i opatrzę komentarzem.

Jeśli pojawiły Ci się jakieś pytania, wątpliwości, chcesz się ze mną podzielić swoim doświadczeniem, napisz do mnie:

konrad@konradwilk.pl www.konradwilk.pl

#konradwilk #orangetreeoflife #trueyou #personalbrand #personalbranding #markaosobista #coach #coaching #businesscoaching #executivecoaching #sukces #success #świadomość #przywództwo #świadomeprzywództwo #autentyczność #rozwójosobisty #konkurencyjność #przedsiębiorczość #lifeworkbalance #harmonia #życie #pasje #misja #wizjażycia #sens #znaczenie #wartość #wolność #samorealizacja #dobreżycie #strategiesukcesu #poznajsiebie #kimjestem #selfsearch #kluczdosukcesu #keytosuccess #mojeżycie #mojadroga #pasj

Naga Asu – na Mikołaja dla niegrzecznych dziewczynek i chłopczyków…

… którzy chcą stawać się świadomymi siebie, innych ludzi i życia kobietami i mężczyznami.

Naga Asu to nie tylko podróże i przygody autora, jakich doświadczał w trakcie wieloletniej podróży po niezliczonych zakątkach Azji Południowej i Środkowej Afryki. To metaforyczny i dosłowny proces przemiany, błądzenia, odkrywania, odnajdowania, poznawania siebie. To podróż po bezdrożach świata, której celem jest odkrywanie własnej drogi życia.

Wiele osób mówiło mi przed rokiem, że Naga Asu to był znakomity prezent dla kogoś bliskiego, bądź od kogoś bliskiego dla nich. Myślę, że i w tym roku dla wielu może się takim okazać.

W miejscach opisywanych w tej książce jest teraz bardzo ciepło. W sercach osób ją czytających może się ciepło zrobić niezależnie od miejsca, w którym ją czytają.

Trzymajcie się ciepło

Jak można ją kupić? Np. wysyłkowo na merlinie:

http://merlin.pl/naga-asu/browse/search.html?section=&phrase=naga+asu&prices=20%2C50%2C100%2C200%2C300%2C500%2C1000&place=0+simple&offer=O&sort=rank&page=1

albo w księgarni wydawnictwa Zysk i S-ka:

http://www.sklep.zysk.com.pl/naga-asu.html

albo w jakiejkolwiek innej księgarni wysyłkowej

Poniżej fotki zapowiadające spotkanie autorskie ze mną w klubie podróżnika.naga asu2naga asu1

Utrata dziewictwa w podróży – fragment książki „NAGA ASU”

Tak właśnie : – ) Każdy miał kiedyś swój pierwszy raz. Mój był porażający, przerażający, wstrząsający, brutalny, wyuzdany, szaleńczy, nieprawdopodobny, a jednak się zakochałem. A było to tak…

 

 

 

 

 

Dwa dni temu…

 

…w tym miejscu zaczynała się moja przygoda z Kambodżą, a już dzisiaj ma znaleźć tu swój szczęśliwy koniec. Wraz z grupą turystów z naszego pojazdu ustawiamy się w, składającej się tylko z nas, kolejce do punktu paszportowego. Niezły tu musi być ruch na granicy, skoro tylko raz dziennie przyjeżdża ciężarówka z nieświeżą dostawą podróżniczych weteranów z Siem Reap i raz dziennie autobus z Tajlandii z jeszcze czyściutkimi, pachnącymi i nieopierzonymi żółtodziobami na pokładzie. (…)

Kolejka jak wąż przesuwa się szybko pomiędzy śmietnikiem pudeł, worków i jakichś zardzewiałych rurek piętrzących się tuż przy stanowisku kontroli paszportowej. Pośród szelestu rozmów toczonych przez każde z ogniw tego gada dobiega mnie dźwięk głosu skądś mi znanego, złowieszczego, chrapliwego, przytłumionego jak szczekanie psa ze związanym pyskiem. Nadchodzi moja kolej i w tym momencie identyfikuję ten głos. Nasze paszporty wręczam temu samemu wojskowemu, który powitał nas dwa dni temu, wybełkotawszy pamiętne: Welcome to Cambodia. Teraz czekam z niewytłumaczalnym dla siebie niepokojem na to, co się wydarzy. Mam nadzieję, że po przejrzeniu naszych paszportów pożegna nas i powie coś w rodzaju: Did you like our country? lub z mniejszą erudycją wycedzi choć: Good Bye. Nie doczekuję się żadnej z nich. Zamiast tego widzę płomienie w jego źrenicach, nabiegające krwią białka, ogniście czerwone policzki. Ciśnięty o ziemię papieros eksploduje snopem iskier, ciśnięte we mnie paszporty parzą mnie i przygniatają swym ciężarem, jak dwie żelazne sztaby wyjęte z żaru ogniska. Czuję się jak zmarły stojący nad brzegiem Styksu, któremu odmówiono przeprawy przez jego wody do bram Hadesu. W moich oczodołach nie ma okrągłych oboli, które mogłyby zasłonić przerażone oczy i umożliwić spokojną przeprawę do krainy wiecznego spoczynku. Nie ma mowy o spokoju. Jest potworny, paraliżujący strach, który sprawia, że nawet łzy nie są w stanie ugasić tego płomienia, który przeniósł się z jego oczu na moje i nieznośnie piecze. Na pytanie o powód tego napadu furii, które nadludzkim wysiłkiem zadaję, zmuszając zaciskające się skurczem szczęki do ruchu, otwiera paszport jeszcze raz i czyta widniejący na tajskiej wizie złowrogi napis „USED” oraz jego pełne i nie dające złudzeń wyjaśnienie „For single entry to Thailand”. Nogi uginają się pode mną po raz drugi w Kambodży, choć nadprzyrodzona siła, która teraz powala mnie na ziemię, zmieniając mój kręgosłup w wybrzuszone S, pochodzi od tego, którego ciało zwinięte w spiralne S oplata moje. Widzę dziewięć paszcz wypełnionych ostrymi jak sztylety kłami. Dziewięć ramion zaciska się na nadgarstkach, w pasie, w kostkach, na szyi, oplata czaszkę, siejąc zamęt w głowie, nie pozwala piersi wziąć oddechu, krusząc żebra i wyciskają z płuc ostatnie cząsteczki tlenu. Ten, który wił się cierpliwie w gąszczu lasów Angkoru, skradał się, śledził mnie i czekał na odpowiedni moment, wybrał tę właśnie chwilę, by zadać śmiertelny cios.

─ Turn back… can’t cross the border…  next! ─ ryczy strażnik i w tym momencie dziewięć krwiożerczych szczęk węża wbija się jednocześnie w moje serce, plamiąc krwią wszystko wokół. Czuję, jakby mnie schwycił za głowę i z każdym kłapnięciem szczęki wciągał w oślizgłe wnętrze bezkresnego tunelu. Ciemnieje mi w oczach. Mam wrażenie, jakbym tracił przytomność. Z czasem gorący żar płomieni ustępuje pola mroźnemu ostrzu świadomości beznadziei tej sytuacji. Wychodzimy z kolejki, a ja drżącymi rękoma wyjmuję w zesztywniałych palcach ostatni plik banknotów. Mamy równo 10 dolarów. Wystarczająco na powrót z granicy do Pattaya i stamtąd do naszego luksusowego hotelu w dzielnicy Jomtien nad Zatoką Syjamską, ale zdecydowanie za mało, by kupić wizy, bilet na samolot, przekupić straż graniczną, przeżyć tu w oczekiwaniu na pomoc z zewnątrz. W głowie przewijają mi się strzępki myśli, czarne, skłębione tumany obaw. Wyobraźnia podpowiada scenariusze żywcem wyjęte z jeszcze nie nakręconych horrorów. Strażnik khmerski jest nieugięty, nie chce ze mną rozmawiać, więc myślę, że może spróbuję zagadnąć któregoś z przedstawicieli tajskiej służby granicznej. Jednego z nich proszę o pomoc.

─ Co mogę teraz zrobić? ─ pytam.

─ Pojechać do Siem Reap, dostać się na lotnisko, kupić wizy i bilet do Bangkoku, lub pojechać do Phnom Penh do ambasady Tajlandii i tam wyrobić wizę, z którą przekroczycie granicę.

─ Ale ja nie mam pieniędzy, nie stać mnie na żadne z tych rozwiązań. ─Grymas na jego twarzy nie daje mi złudzeń. Uśmiecha się drwiąco i odchodzi, a my zostajemy sami, pomiędzy granicą Tajlandii i Kambodży, bez racjonalnych szans na wydostanie się stąd w którąkolwiek stronę. Dwa dni temu miałem wrażenie, że powitanie strażnika brzmiało jak Welcome to Hell. Właśnie teraz zrozumiałem prawdziwe znaczenie tych słów.

Postanawiam usiąść i uspokoić myśli. Sytuacja wygląda beznadziejnie, jesteśmy tym wszystkim zaskoczeni, otoczenie pogarsza stan naszych nerwów. Opuszczając hotel, doszedłem do wniosku, że na dwudniowy wyjazd nie będę brał większej ilości pieniędzy w obawie przed złodziejami. W końcu jechaliśmy do Kambodży, kraju nieprzewidywalnego, biednego, o niespotykanej w świecie ludzi sytych przestępczości. Koszt wyjazdu wyliczyłem dokładnie i gdyby nie to zdarzenie, wyrobilibyśmy się perfekcyjnie. Gdyby nie to zdarzenie… Wizę tajską oglądałem, sycąc się jej orientalnym wyglądem, traktując ją jako trofeum w paszporcie będącym swoistym portfolio moich podróżniczych dokonań. Gdy wyjeżdżaliśmy z Tajlandii, nie spostrzegłem niczego podejrzanego w zachowaniu człowieka, który sprawdzał nasze paszporty. On nie musiał nas informować o anulacji wizy, a ja niczego nie przewidziałem, będąc zaślepionym radością z wkraczania do świata, który teraz nie chce mnie uwolnić. Staliśmy się obywatelami Kambodży na prawach i warunkach, jakie takowych obowiązują. Nie mamy pieniędzy i praw, które są warunkiem przeżycia. W takich warunkach prawem jest bezprawie, a pieniądz władcą niepodzielnym. On nas zniewolił i tą sytuacją ukazał dobitnie, jak jest wielki. Jeszcze wczoraj siedzieliśmy na szczycie piramidy społecznej, spełnieni, młodzi ludzie, wykształceni i zarabiający, by móc odwiedzać najodleglejsze zakątki świata. Jeszcze wczoraj górowałem nad światem, stojąc na szczycie symbolizującym górę Meru, na najwyższym poziomie Angkor Wat cieszyłem się odwiedzinami u bogów w ich bajecznych ogrodach. Dzisiaj los zamanifestował wobec mnie swoją nietrwałość, niepewność, ulotność, względność bytu. W jednej chwili, przez przypadek, potknąłem się i runąłem ze stożkowatego szczytu w dół z taką siłą, że nie na ziemi wylądowałem, ale przebiwszy tajemne sklepienie przykryte cienką warstwą piasku, wpadłem w ciemne, przepastne piwnice, lochy bielejące piramidami bezzębnych czaszek i kości. Jesteśmy na samym dnie. Pod nami już tylko śmierć. Z tego poziomu świat wygląda zupełnie inaczej. Tu nie ma kolorów, jest tylko czerń i biel. To tak jak z przyprawami, o których pisałem. Ze szczytu piramidy widzisz świat w kolorach i o zapachu nieprzebranych ilości przypraw. Przed twoimi oczami mienią się ochrowe smugi mielonej papryki noszone przez wiatr pomiędzy kolumnami rdzawych lasek cynamonu, co stoją samotnie pośród piasków żółtawego curry. Krajobraz ożywiają kolonie purpurowych, gwieździstych kwiatów anyżu, kontrastujących z posłaniem z nasion zielonego pieprzu i jesiennym brązem słomianego kminku. W lochu widzisz pieprz i sól zmieszane ze sobą w odcieniu szarości, jak prochy tych, co tu żyli, też szarzy w mroku, przez szare szyby beznamiętnie spoglądający na świat o setkach barw skąpanych w tysiącach odcieni. I chociaż jeszcze przed chwilą widziałem je wszystkie, choroba rozprzestrzeniła się w mojej duszy natychmiast. Jad z kłów gada, siecią autostrad żył, wraz z krwią dotarł już do mojego serca. Zapadłem na daltonizm percepcji świata, znikła gdzieś wrażliwość piękna, głód życia umarł z głodu. Została pustka, czarna dziura braku nadziei i jaśniejąca coraz mocniej przemożna potrzeba znalezienia oparcia, jakiejś ściany, od której można by się odepchnąć i ruszyć z tą siłą początkową w poszukiwaniu drogi do wyjścia. Lecz czy jest stąd jakieś wyjście? (…)

Robi się ciemno, jesteśmy tu sami, jedyni biali pośród miejscowych. Jak niewiele się od nich teraz różnimy, lecz nadal jesteśmy sobie zupełnie obcy, inni pośród takich samych. Początkowo z dużą obawą, emocjami i poczuciem bezsilności odpędzam rozzuchwalonych moją kiepską sytuacją złodziei i kieszonkowców, którzy bez oporów i pozorów pchają łapy do wszystkich kieszeni mojego plecaka. Wyciągam ich ręce, odpycham ich, krzyczę i sygnalizuję mundurowym ten proceder.  Nie zwracają na mnie uwagi lub śmieją się lekceważąco. Boję się, że jeśli któregoś ze złodziejaszków uderzę, to kręcący się wokół jego ziomkowie poczytają to za wystarczający pretekst do napadnięcia mnie, i chyba się nie mylę, gdyż ich zachowanie intensywnie śmierdzi prowokacją. Z czasem przyzwyczajam się do tego i niemalże bezwiednie, mechanicznie chronię nasz skromny dobytek, osłaniając go przed wszędobylskimi rękami małych, bezczelnych złodziei. (…)

Nie rozmawiamy, nie snujemy planów, naszym celem w tej chwili jest wyjechać z tego kraju. Jak prosty i oczywisty był ten cel jeszcze wczoraj. Wtedy był to mały, nieznaczący celik, jeden z wielu małych celów każdego dnia tej wyprawy. Dzisiaj opuścić Kambodżę to sens mojego życia, to być albo nie być, żyć albo zginąć w zapomnieniu. Przede mną podróż w nieznane, przez świat mi obcy, wśród obcych mi ludzi, do miasta widma, do polskiej ambasady po pieniądze na wizę z obawą o efekt, pomny dzisiejszej rozmowy z panem konsulem. Czy uda nam się tam dostać? A nawet jeśli będą pieniądze, czy uda nam się wyrobić wizy? A jeśli dostaniemy nawet wizę, to czy zdążymy na czas do Tajlandii przed odlotem naszego samolotu? Co czeka nas po drodze? Czy jutro będzie czekał nasz kierowca? Czy wystarczy nam pieniędzy? (…) Na ile to wystarczy? Na dzień, dwa? A co potem? A jak polska ambasada będzie zamknięta?… Jezu!…  Zasypiam. Nocą śnię koszmary.

Konrad Wilk

http://www.konradwilk.pl

konrad@konradwilk.pl