Mam papiery na spełnianie pasji :- )

żagle 2

Podekscytowany i zmęczony dzielę się moi drodzy z wami swoim szczęściem. Dzisiaj zakończyłem miesięczny kurs i zdałem egzaminy na żeglarza jachtowego i sternika motorowodnego:-) Nie było lekko. Pasja sformalizowana. Marzenia do realizacji gotowe. Czas urzeczywistniać i ruszać na wodę !!!

Cook Islands – na rajskich wyspach Południowego Pacyfiku mieszkałem z klasą

Moi drodzy

Tak właśnie było. Korzystałem z uroków najpiękniejszych resortów na Wyspach Cooka. Wiecie co? Uważam, że warto uzupełnić sobie taki pobyt w raju o wszelkie radości, które tę rajskość podkreślają. Jednocześnie nie byłbym sobą, gdybym na jednej z maleńkich, bezludnych wysepek nie pomieszkał sobie wzorem Robinsona. Od wielu lat wyjeżdżam w takie miejsca, zażywam luksusu, ale również zaszywam się na jakiejś urokliwej bezludnej wysepce, by przez jakiś czas pobyć sam, radzić sobie, zminimalizować wszelkie udogodnienia, pożyć w zgodzie z wymagającą naturą, zdobywać pożywienie, budować schronienie, być. Tak było i tym razem. Gdzie dokładnie mieszkałem? A to już moja tajemnica. Takie przygody Robinsonowe możecie doświadczać ze mną w ramach organizowanych przeze mnie wyjazdów motywacyjnych z agencją eventową Rule No. 8. Przygoda życia czeka : – )

btp 6 16 18

btp 6 16 19

Złote plaże, romantyczne wschody i zachody słońca, kolacje przy świecach i piękne miejscowe foczki chętne na foto sesje w każdej pozycji, tzn. pozie

atb3

Na siedząco to można być najwyżej uśpionym

Pisałem ostatnio, że znikam na parę dni i tak też właśnie zrobiłem, tzn. nie zniknąłem, istniałem, ale w zupełnie innym wymiarze. Kocham iść, jak Forest Gump, który od pewnej chwili zawsze kiedy gdzieś szedł, to biegł, tak ja zawsze kiedy chcę pobyć z sobą i dla siebie, to idę. Tak sobie myślałem idąc, że może wcale nie jest tak, że Jezus siedział na pustyni, gdy odkrywał siebie i spotykał się ze swoimi wewnętrznymi słabościami, że swoje oświecenie raczej doświadczał idąc. Odtąd też przecież był w drodze, szedł, nauczał, uwalniał ludzi z blokad, które utrudniały im dostęp do osobistego potencjału, szedł i czynił dobro. Budda moim zdaniem nie siedział wcale pod drzewem Bodhi żeby się przebudzić, ale szedł, był w drodze, poznawał świat i ludzi w świeżości ich chwili obecnej, na nowo, patrzył na nich oczami, które widzą. Właśnie dlatego że ruszył d… z miejsca, wyszedł z tej nadużywanej w kręgach pomocowych, słynnej „strefy komfortu”, opuścił swoją książęcą Nibylandię, mógł spotkać siebie takiego, jakim nie potrafił się poznać za murami pałacu. Mahomet też w moim mniemaniu nie odkrywał siebie w jakiejś jaskini. Mahomet był w drodze, szedł i tak idąc docierał do odkryć, jakie może potem na siedząco spisywał tworząc święte księgi Koranu. Apostołowie, prorocy, mędrcy, nauczyciele – łazili po świecie, byli w drodze, przemieszczali się, poznawali i dawali możliwość poznania. Ruch jest dużo bardziej dla nas naturalny od siedzenia, ruch robi dobrze naszym ciałom, umysłom i duszom. Zmiana jest naturalną cechą życia. Siedzenie, stagnacja, bezruch to kiśnięcie, pleśnienie, skorupa. Często mówię moim klientom taką metaforę o tamie, że ja pomagam otworzyć tamę, że jak woda popłynie, to wróci do swojej natury, jaką jest płynięcie, zacznie na nowo dotleniać się, rzeźbić swoje koryto, wypłukiwać, nawadniać i nawozić. Rzeka jest sobą gdy płynie. Człowiek jest sobą, gdy jest w ruchu. Tak sobie idąc myślałem : – ) Idę, więc jestem : – )

atb13

Brak

Pamiętacie może takie hasło z jednego z moich ostatnich wpisów o oświeceniu? Myślę, że wygoda usypia. Wygoda jest wygodna, daje złudne poczucie zewnętrznego bezpieczeństwa, ale usypia. Jak dużo bardziej czuję siebie, gdy odbieram sobie to, do czego cywilizacyjnie przywykłem. Z plecakiem, w którym niosę swój dom, skromny, podstawowy prowiant, kilka rzeczy niezbędnych, idę. Wstaję rano, krótka joga i ruszam, by przejść brodem rzeki, zanim przypływ odetnie mi drogę. Śpiewam, gwiżdżę z ptakami, jestem. Jak chcę pić, to piję, jak chcę jeść, to czekam, aż mi się zechce bardziej, bo jedzenie ma mi wystarczyć, więc dzielę racje żywnościowe i widzę, jak niewiele potrzeba, że tym więcej energii mam, im się mniej najadam. Rozbijam namiot, ognisko rozpalam, a za świece mam gwiazdy, prawdziwe mrowie gwiazd i co wieczór grono osób z różnych stron świata, rozmowy, śmiech, cały atlas różnorodnych map świata, a zwłaszcza mój towarzysz Gustavo z Argentyny, wspaniały człowiek, bratnia dusza, wyśmienity kompan, towarzysz wyprawy.

atb24

atb15

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

atb10

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Foczki się bawią

Siedzę w zachwycie na skale i przyglądam się życiu całej kolonii fok. Czy starsze osobniki, czy dzieci, nieważne, foki się bawią. Krystalicznie czysta woda zatoki pozwala mi patrzeć na nie, jak polują na ryby, ale też jak dla zabawy nurkują, skaczą nad wodę, puszczają sobą po powierzchni kaczki, wdrapują się niezgrabnie na tych swoich płetewkach na skały. Taki spektakl życia stworzeń, które za te bogate ławice ryb wokół nich pływające wcale nie płacą. Jak się już wybawią, to rybę łapią, zjadają i idą dalej się bawić. Są naprawdę piękne, mają tyle wdzięku w sobie, są ciekawskie, otwarte i ufne, bo krzywdy nie doznają ze strony takich jak ja stworzeń, więc się im źle nie kojarzę. Siedzę tak już z godzinę metr od małego dzieciaka. Matka leży tuż obok, ssie mleko z jej piersi drugi mały. Matka rzuca na mnie okiem i zaraz je zamyka, przysypia rozluźniona, czuje się przy mnie bezpieczna.

atb17 atb18

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

atb22

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rajska kraina

W cztery dni przeszedłem 75 km, z góry na dół i z dołu do góry, plażami też szedłem fragmenty. Piękne miejsce, cudowne lasy zdobne w lokalne palmy Nikau i drzewa, które rosnąc w skupiskach plantacje brokułów mi przypominają. Mało ludzi na szlaku, na niebie niezmącony nawet małym obłoczkiem błękit, szlak świetnie przygotowany i bardzo zadbany. Abel Tasman Great Walk – polecam wszystkim chętnym.

atb21

Mam małe zaległości, więc już pewnie jutro napiszę coś znowu : – ) Będzie o obrączce wrzuconej do mordy, znaczy się do Mord… ; – )

True You soon

ICF event, Northern New Zealand Chapter, Ponsonby, Auckland

icf auckland 3

Wieczorem wziąłem udział w comiesięcznym spotkaniu coachów należących do ICF Chapter Asia South Pacific. Warsztat poświęcony był dwóm pierwszym kluczowym kompetencjom ICF – Setting the Foundations. Zostałem tam zaproszony przez szefową ICF Northern Chapter Alyson Keller. Super ludzie, dobra atmosfera, zaangażowanie, otwartość. Wszyscy chętnie wymieniali się swoim doświadczeniem, dzielili rozwiązaniami, które sami stosują i dla nich działają. Przyjęli mnie bardzo serdecznie, nawiązałem sporo kontaktów.

icf auckland 2

Dzisiaj jeszcze mam indywidualne spotkanie na lunchu z Alyson. Wieczorem ruszam do Wellington, gdzie spotykam się z Szefem ICF na Nową Zelandię. Robię sobie takie osobiste rozeznanie w lokalnym rynku coachingu. Cel? Hmm : – )

Spotkanie ICF Northern odbyło się w bardzo mi się podobającej dzielnicy miasta Ponsonby, która malowniczo położona jest na zboczach wulkanu : – ) Tak tak, wulkanu. Jedego z 50 wuklanów znajdujących się w granicach miasta Auckland. Kilka zdjęć z Vermont Street. Ostatnie z nich to oczywiście Downtown by Night.

True You soon

ponsonby 4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ponsonby 3

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ponsonby 1 auckland by night

Lazy Sunday on Rarotonga, Cook Islands Christian Church, South Pacific

church 8

Niedziela to dzień szczególny na wyspie Rarotonga. Zamiera ruch na ulicy, zamknięte są wszystkie sklepy, odświętna atmosfera udziela się wszystkim jej mieszkańcom. Nawet w resortach czuć odmianę, bo śniadania podawane zwykle do 11.00, w niedzielę serwowane są tylko do 9.30. Powód jest jeden i kluczowy: o 10.00 idzie się do kościoła. Do jakiego? Do jednego z wielu kościołów chrześcijańskich, a jest ich tu doprawdy wiele.

Tydzień temu byłem na nabożeństwie w kościele Świętych Dnia Ostatniego. Dzisiaj czas na Kościół Chrześcijański Wysp Cooka. Naprawdę ciekawe doświadczenie. Msza prowadzona jest częściowo w języku angielskim, a częściowo w lokalnym maoryskim. Niesamowite wrażenie robi śpiew damsko – męskiego churu, na głosy, z ogromną werwą, pasją. Pieśni głęboko osadzone w kulturze lokalnej, polinezyjskiej, z charakterystycznym pohukiwaniem mężczyzn, jakby bojowe nawoływania. No naprawdę ściany kościoła zbudowanego z koralowego kamienia trzęsą się, a ciało moje pokrywa się gęsią skórką. Po mszy organista dopełnia kielich wzruszenia, gdy solo wykonuje piękny utwór głosem, który niechybnie mógłby zawojować światową scenę muzyki soul, czy r’n’b.

Po koncercie uczestnicy zapraszani są osobiście przez pastora na poczęstunek. Stół zastawiony łakociami, ludzie gromadzą się, rozmawiają, pozdrawiają. Gospodyni poczęstunku opowiada o historii kościoła, który otwarty został już w 1841 roku – jak na tutejsze warunki to oznacza, że należy do najstarszych na wyspie.

Na małym skrawku lądu koegzystuje w ścisłym sąsiedztwie ogromna różnorodność wyznań, sposobów postrzegania, własnych wersji, poglądów, tradycji. Koegzystują w pokoju, wzajemnej akceptacji. Te wszystkie treści wypowiadane i wyśpiewywane podczas ich nabożeństw brzmią dzięki temu dużo bardziej autentycznie. Jeden starszy Pan, jakiego tu poznałem, z pochodzenia europejczyk, który spędził na wyspie ponad dwadzieścia lat, powiedział mi tak: Wiesz, oni tutaj są z natury usposobieni pokojowo. Oni mają tu taką swoją wspólną Trójcę Świętą: tańczyć, śpiewać i cieszyć się życiem.

Air Raro, Rarotonga, Jewish and local friends, Island host, Hollywood on Aitutaki

sea change view

A zacznę od tego Hollywood. A było to tak… Amerykanie wylądowali na wyspie Aitutaki w czasie drugiej wojny światowej, konflikt z Japonią na Pacyfiku. No i sobie tu stacjonowali, czyli obijali się i nie mieli co ze sobą zrobić, więc zbudowali drogę, po której wczoraj jeździłem na rowerze. Miejsce w którym mieli swoją bazę nazwali dla swojskiego się w nim czucia Hollywood, a nad wjazdem do bazy napisali Welcome to Hollywood. Tabliczka ze zdjęcia oryginalna nie jest, ale lokalizacja jak najbardziej. Skąd wiem? Powiedział mi o tym stary Irlandczyk, którego poznałem, a który na wyspie mieszka od 20 lat.

dinner at sea change 2

Dzisiaj wróciłem na Raro. Oczywiście od razu spotkałem się z Isabellą i Tyronem. Zamieszkałem w pięknym domku należącym do uroczego Sea Change Villas. Naprawdę cudowne miejsce, fantastycznie położone, znakomicie pomyślane, bardzo wysoki standard, mnóstwo ujmujących „bajerów”. No niedługo się zastanawialiśmy. Będzie party. Zaprosiliśmy taką przemiłą parę Izraelczyków, których poznałem w Aitutaki Lagoon i leciałem z nimi samolotem. Przygotowania, zakupy, świeża rybka od Diane, warzywa, owoce z lokalnego bazarku, dobre nowozelandzkie wino i… oto jestem gospodarzem przyjęcia na Rarotondze ; – ) Ludzie przychodzą, pukają, otwieram, pełnię rolę gospodarza : – ) No miłe to : – )

sea change dinner sea change dinner 2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I tak nam zleciał dzień i wieczór w cudownej atmosferze, na rozmowach i śmiechu : – ) Taka mieszanka kultur, sposobów postrzegania świata, poczucia humoru, wspomnień, przygód, stylów życia… Moje ulubione doświadczenia, które naprawdę znakomicie budują nasze wewnętrzne bogactwo jeśli tylko pozwolimy sobie się na takie doświadczenia otworzyć i z nich czerpać. No ja sobie pozwalam i bardzo to cenię.

dinner at sea change 3

 

Cudowny dzień. Morze się wścieka na rafie, palmowe liście szeleszczą w ogrodzie, wiatr monotonnie śpiewa do snu. Cały wdzięczny za życie kładę się spać.

True You soon

Tajemnica klątwy pałacu w Avarua, Rarotonga, Cook Islands, Południowy Pacyfik

inner circle 2

Weszliśmy dzisiaj z Isabell do pałacu jakiegoś ważnego rodu tutejszego, na tyłach którego znajduje się święte miejsce Marae. Ludzie na wyspie gadają, żeby tam nie wchodzić, bo krwią bratnią przelaną miejsce splamione i klątwą obłożone i że czarna magia. No to mamy za swoje. Zaraz potem jak wyszliśmy stamtąd aparat się zepsuł, no cisza zupełna jakby nagle umarły przez noc ładowane baterie. Ruszyliśmy niezrażeni w dalszą drogę, no bo to przecież bzdury jakieś, gusła zwykłe i tyle. W lagunie Muri biegniemy do wody, bo na płyciźnie płaszczki na naszych oczach tańczą fascynujący taniec godowy. Spieniona woda, przewalają się, unoszą niemal nad wodą, ich rozpostarte skrzydła w pionie jak płetwy grzbietowe rekinów tną szmaragdową powierzchnię laguny. Stoimy dosłownie tuż obok nich zapamiętałych, nie zważających na nas, odurzonych. Wracamy na plażę, a Izy klapków nie ma, przepadły, gdzieś pewnie sobie poszły. Jedziemy dalej. No bo czy to nie pięknie jest tak jeździć sobie na skuterku w doborowym towarzystwie przez tonące w egzotycznej roślinności zakamarki wulkanicznej wyspy? Przez chwilę jak pijani miotamy się od lewej do prawej. Co się dzieje?… Powietrza nie ma w kole. No nie pięknie? Lecz co tam. Nawet jak złapie się flaka, to przecież zawsze znajdą się znajomi, lub znajomi znajomych, miejscowi, co ci pomogą, motor na pick upa załadują i zwiozą na pace do domu. Klątwa? Eeee tam : – ) Ale dobrze jest już być z powrotem w domu. W domu Iza robi kolację. Na kolację jest taro, taka roślina bulwiasta jak nasze ziemniaki i liście taro co nazywają się tu rukau, co jak szpinak smakują, więc z jednej takiej rośliny na oleju kokosowym można przyrządzić pyszne danie wzmocnione do smaku chili zerwanym przed chwilą w ogrodzie. Yummy : – ) Iza odpoczywa po intensywnym dniu z książką na hamaku, a my się zajadamy i oglądamy mecz rugby z jej chłopakiem Tyronem i jego tatą, Nowozelandczykami, którzy przenieśli się na Rarotongę kilka lat temu. Ale pochodzą z Auckland, więc oczywiście, że kibicują swoim. Mecz ważny, bo Auckland Worriors grają dzisiaj z Roosters z Sydney. Po czasie podstawowym, pasjonujących zwrotach, prawdziwym horrorze 28:28. W dogrywce piękna akcja z przyłożeniem iiiii… TAK!!!! Wygrywają Nasi!!!!!!

Więcej zdjęć z tego dnia wstawiłem na facebooku: https://www.facebook.com/konradwilk46

True You