Jak się zabić, by zmartwychwstać… dla kogo ta książka

 

TY OKŁADKA

„(…) Tę książkę napisałem dla ludzi:

1. Którym zabrakło nadziei, którzy mają dość, którzy nie wiedzą co robić, choć czują, że muszą w swoim życiu coś zmienić.

2. Którzy wierzą, że jest szansa na nowe otwarcie. Dla tych, którzy się boją spróbować i dla tych, którzy znaleźli w sobie odwagę na to, by podjąć wyzwanie.

3. Którzy czują, że jest coś, co może pozwolić im się otrząsnąć z tego, co było do tej pory i wznieść się ku szansom i możliwościom, z jakich nie zdawali sobie dotąd sprawy. Chcą wierzyć, że jest coś więcej, że może być lepiej, bliżej ich potrzebom, bardziej prawdziwie, z sensem, ze znaczeniem, w zgodzie z ich prawdziwymi Wartościami.

4. Którzy chcą oderwać się od przeszłości, wydostać się ze szponów problemów i wyjść na drogę na której poczują się kompletni, spójni, szczęśliwi, w zgodzie ze sobą.

5. Którzy wzrastają, rozwijają się, radzą sobie w życiu osobistym, w biznesie, ale czują, że potrzebują coś jeszcze zrobić, by dać sobie możliwość przekraczania siebie, wejść na wyższy poziom, otworzyć drzwi nowych możliwości. Chcą popracować nad samopoznaniem, by móc czerpać ze źródła odkrywanej własnej autentyczności.

6. Którzy chcą być bardziej świadomi siebie, innych ludzi, świata i mechanizmów nim rządzących. Dla tych, którzy chcą poznawać i spełniać swój potencjał, rozwijać swoje pasje budując na nich osobistą i zawodową przyszłość. (…)”

7. Którzy zawodowo i z serca chcą doskonalić swój warsztat terapeuty, coacha, osoby wspierającej rozwój innych w oparciu o stworzony przeze mnie program Truly You. Kompendium usystematyzowanej wiedzy, kopalnia przykładów z życia, skrzynka z ćwiczeniami i narzędziami, idea i praktyka w jednym.

Książka ta zaprasza Was wszystkich do głębokiego, osobistego doświadczenia siebie. Zawiera sporo stworzonych przeze mnie ćwiczeń, które można wykonać osobiście w trakcie swoistej, wewnętrznej podróży ku samopoznaniu. Żeby się narodzić dla życia w dostępie do własnej autentyczności, potrzebujesz wpierw umrzeć. Jak się zabić, by zmartwychwstać? Na to pytanie nie wystarczy odpowiedzieć, to trzeba przeżyć. Ta książka jest takim wehikułem wewnętrznej transformacji. Kto czuje się gotowy, niech wsiada. Kto się nie czuje, ten niech ją po prostu czyta, aż stanie się gotowy, a wtedy nie będzie nawet czekał na zaproszenie… sam wsiądzie. Ta książka z pewnością nikogo do niczego nie namawia, ale za to ma moc wyzwalania Twojej wewnętrznej siły i motywacji. Do czego? …

Truly You soon

Reklamy

Bloger chair, czyli o niewygodnym usprawiedliwieniu milczenia w Tajlandii

holy tree

Od dwóch tygodni w podróży i ani słowa na blogu. Już nawet przestali mi przypominać o tym, że od dawna nie ma moich wpisów. No co zrobić. Tym razem jestem w podróży w towarzystwie. To dla mnie niezwyczajna sprawa, bo zwykle sam i wieczory wolne, myśli wolne, czas wolny, jak w reklamie piwa. A tym razem jestem dla najbliższych dzieląc się z nimi swoim doświadczeniem, pokazując świat, który kocham i do którego jeżdżę, gdy one zostają. Teraz razem rano, wieczór, we dnie i w nocy. Do tego jeszcze jest instagram. Jakież to proste. Zdjęcie, opublikuj, przytnij, trzy linijki tekstu, poleć na FB i jest załatwione. I tak większość nie ma czasu czytać moich wywnętrzeń, przemyśleń, opisów przeżyć i wrażeń. Ludzie mają w nadmiarze swoich wlasnych. A w ogóle to po co czytać, toż to tylko złość człowieka bierze, że ten to sobie po tropikach w samych majtkach gania, a ja w robocie, w korkach, w kufajkach, szaro – buro, wieje i leje. Po co się denerwować. Rozumiem, więc nie pisałem do dzisiaj. Czemu do dzisiaj właśnie? Telefon dzisiaj zablokowałem, bo mi się zachciało mieć blokadę z czytnikiem linii papilarnych. Palce mi się w basenie rozmokły, zgrubiały i pofałdowały jak u topielca i z uporem maniaka chciałem telefon otworzyć, żeby zdjęcie zrobić i trach, zablokowany. Podaj hasło woła telefon. Jakie hasło? Zapomniałem, nie mam pojęcia. No i nie ma instagrama, nie ma zdjęć. Mam komputer i bloga. Myślę sobie, że może czas zacząć. Patrzę w pokoju, a tu nawet krzesła jednego nie ma. Próbuję w łóżku pisać, plecy bolą. Myślę, że nie będę w takim razie pisał, bo nie ma krzesła. Bez krzesła blogera nie piszę!!! Chyba strata telefonu i aparatu wciąż mnie jeszcze boli – po trzech oddechach myślę. No dobra, siadam i zaczynam klikać. Fajnie całkiem mi się klika, jestem chyba zwyczajnie klikania stęskniony. Dobrze jest tak się stęsknić za klikaniem. Jeśli będę trafiał do miejsc z internetem, co nie jest tu wcale takie oczywiste, to będę robił wpisy i zdjęcia publikował.

Nie chce mi się wspominać tego, co do tej pory tu się stało. Na fb i na instagramie są zdjęcia z opisami. Dzisiaj siły zbieramy, bo jutro ruszamy w drogę. Z Koh Ngai na Koh Lipe. Sączymy dzień przez rurki tak wąskie, że ledwie co łykać się daje. Cztery tukany w koronach palmowych drą się na siebie od rana, jak ludzie, no mówię wam, zupełnie jak ludzie. A może to ludzie się komunikują ze sobą jak jakieś tukany? Barakuda w nocy przy brzegu grasowała, zjadła mi rybę, którą z wysiłkiem holowałem. Wyciągam w zupełnych ciemnościach sam łeb. Co to za ryba dziwna, myślę. Świecę latarką i widzę tę krwawiącą głowę, która w najlepsze oddycha i dławi się w szoku wciąż żywa. Ruszam za chwilę na wyprawę do lasu porastającego gładko zaokrąglone wzgórza w sercu wyspy. Odezwę się niebawem, jeśli tylko w hotelu na kolejnej wyspie będzie na mnie czekało wygodne krzesło. Bez krzesła nie piszę.

W mieście królowej byłem królem życia, a nawet bezdomnym biedakiem

mil 12

Ciśnienie wysoko ponad normę to tutaj norma

Ci co lubią zaszaleć jadą do Queenstown bo to mekka dla szalonych, chcących pobyć szalonymi lub ich poudawać. Stąd, jak mawiają miejscowi, jak pisują w folderach reklamowych, powtarzają po folderach w przewodnikach, wywodzi się idea skakania w przepaść z przywiązaną do nóg liną. Nie wierzcie, bo są sobie tu na Południowym Pacyfiku takie piękne wyspy, które nazywają się Vanuatu i to tam miejscowi od setek lat w ramach rytuałów inicjacyjnych skaczą ze specjalnie zbudowanych do tego celu konstrukcji z lianą uwiązaną do nogi. No ale niech im będzie, że stąd. Nie ważne skąd, ale ważne, że można i to naprawdę w spektakularnych okolicznościach przyrody. Ale to nie wszystko, bo i z samolotu z przeszkoloną osobą towarzyszącą da się tu wyskoczyć, i polatać balonem, na paralotni, w helikopterze i super szybką motorówką wąskim kanionem popływać. Queenstown to niekwestionowana stolica adrenalinowych atrakcji, a przynajmniej tak piszą w folderach i przewodnikach, bo już od lat tym podobne rozrywki serwowane są np. w popularnym Nelson. No nie ważne, ważne, że i ja tu byłem i korzystając z uprzejmości organizatorów tych przyjemności trochę adrenaliny wyprodukowałem. Najbardziej wiarygodną i dysponującą najlepiej rozbudowaną ofertą firmą jest tu chyba @realjourneys i z nich korzystając doświadczałem większości atrakcji. Bardzo dobrze zorganizowani z nowoczesną infrastrukturą, kulturą i wiedzą zatrudnionych tu ludzi. Jest też taka firma, co się specjalizuje w adrenalinowych przeżyciach, nazywa się po maorysku Ngai Tahu,  i specjalizuje się między innymi w pływaniu wspomnianą już super szybką łodzią Jetboat po kanionie rzeki Shotover. Tak przy okazji to nawet sama Jej Wysokość Królowa Elżbieta tu była, przy okazji serdeczne życzenia zdrowia dla zacnej jubilatki : – ), co prawda nie pływała, ale już następcy tronu Kate Middleton i książę William jak najbardziej tak.

shotover jet 1 sm

 

Gorące życie mroźnych nocy

I tacy nabuzowani naturalnymi dopalaczami turyści nie mogą spać, więc balują do rana w lokalnych przybytkach nocnego życia. Wyludnione w dzień miasto ożywa wieczorem. Zapełniają się niezliczone knajpki, muzyka na żywo płynie z głośników i miesza się ze sobą w swoistej kakofonii, która jest jednak jakaś taka przyjemna, uzasadniona, na miejscu.

Królowa gór

A miejsce urzeka. Pięknie położne jest to Queenstown, na brzegu jednego z niezliczonych w tym regionie górskich jezior. Za plecami miasta wznoszą się sięgające nieba szczyty. Miasto ciągnie się urokliwie wzdłuż jeziora, jest maleńkie, kameralne, na niższych wzgórzach rozsiane domki świecą wieczorem dopełniając jego piękna. Queenstown to również baza wypadowa do okolicznych atrakcji. Stąd miłośnicy wędrówek ruszają na szlaki. Najważniejsze z nich, kilkudniowe, zaliczające się do grona tzw. Great Walks of NZ to Kepler, Routeburn i uważany za jeden z najpiękniejszych szlaków świata Milford.

mil 14

Naj naj naj

Turyści uwielbiają różne  „naje”. Wystarczy, że coś jest naj, albo zostało tak chociaż nazwane, a już turystyka rozwija się tam świetnie, ludzie pędzą, płacą, robią zdjęcia i są dumni, że byli w jakimś naju, stali koło naja, dotykali naja, no w ogóle naje rządzą. Do Milford nie trzeba wcale iść szlakiem 4 dni. można też tam pojechać autobusem z Queenstown. Na piechotę szkoda czasu, bo to jedyne 300 km. Co to jest Milford Sound? Miejscowi, ich foldery i przepisujące foldery przewodniki nazywają go którymś tam cudem natury na świecie. Nie jest wcale soundem, bo soundy powstają wskutek wrzynania się w ląd wody morskiej gotowymi trasami wytworzonymi przez uchodzące do morza rzeki. Jest fiordem, czyli takim głębokim śladem po przejściu lodowca, który wypełnił się morską wodą. To czemu się mówi, że sound? Bo ktoś tak kiedyś powiedział i tak już zostało, bo się przyjęło. Samo życie : – ) Ileż my takich gotowców w życiu mamy i powtarzamy, bezrefleksyjnie, no bo skoro tak jest, to znaczy że prawda i już.

mil 5

A wracając do Milford Sound, to ów fiord : – ) otoczony jest jak na fiord przystało monumentalnymi górami, po których co krok spada jakiś wodospad. Można tam wsiąść na statek i popłynąć, pozachwycać się, porobić zdjęcia. Ze względu na to. że skały pionowo wbijają się w wodę i pod powierzchnią również pionowo suną jeszcze ze trzysta metrów, statki mogą dziobem wręcz dotknąć pionowej ściany, a gdy to robią pod wodospadem turyści mają wielką i mokrą uciechę.

mil 13Od bogactwa do biedy nie jest daleko, w Queenstown jakieś 200 metrów

Pisałem dużo, załatwiałem kolejne atrakcje, może i dla was jakiś tekst zaległy na bloga, no sporo godzin z komputerem w hotelu, w którym właśnie mieszkałem. Doba skończyła się już sporo temu, ale zajęty, pochłonięty, zapamiętały pisałem do upadłego i myślałem, że jak skończę, to sprawy załatwię, kolejną noc zaklepię, bo w sumie w drogę już tego dnia miałem ruszać, ale coś wypadło, potwierdzili że mnie na jakąś kolejną atrakcję zapraszają, więc zostałem. No wstaję wreszcie, idę do recepcji i mówię, żeby się cieszyli, bo jeszcze jedną noc u nich spędzę. Na to miły pan mnie informuje, że mu przykro, że nie mieli pojęcia i że się cali wyprzedali i nie ma miejsca. Niezrażony myślę sobie, że to nawet dobrze, bo inny hotel poznam i będę miał szersze rozeznanie. Idę do kolejnego i tam mówią to samo, następny także, i inny, i już obszedłem, a potem to już obdzwoniłem wszystkie tanie, średnio tanie, lekko drogie, drogawe, mocno przesadzone, wypasione, cenowo porąbane, i wszędzie ta sama odpowiedź. Jest późny wieczór, już nigdzie się stąd nie dostanę. Ale jak to tak? No co jest? Noc zapadła, a ja błąkam się po trzech na krzyż ulicach i mocno myślę, co zrobić, bo nocy tu się na ławce nie przesiedzi. Za zimno, wieczorem temperatura o tej porze roku, a mamy piękną złotą jesień właśnie, tak tak piękną złotą jesień, ze złotych liści utkaną, i z czerwonych, pomarańczowych, rudych, purpurowych. Wielokrotnie słyszałem jak starsi mawiali, że niema na świecie takiego drugiego kraju, gdzie by ów cud natury podziwiać się dało. Złota jesień to Złota Polska Jesień, bo tylko w naszym kraju takie liście się robią. No nie tylko.

tss 10

 

 

 

 

 

 

 

 

Jesień zatem w NZ a w górskim Queenstown zimno jest nocami. Krążę, myślę i trochę tak śmiesznie, bo dopiero co super atrakcjami dnie powypełniane, a tu nagle, w jednej chwili błąkam się jak bezdomny, bo tak naprawdę teraz bezdomny jestem i nie mam gdzie głowy położyć i czym się przykryć i dachu nikt swojego udzielić mi nie chce. Wchodzę do sklepów, pytam na ulicy, proszę w hotelach o chociaż jakiś kawałek podłogi. Nie ma zgody, nie ma pozwolenia, przepisy zabraniają. Wreszcie do azjatyckiej knajpki wchodzę. Mówię, że taka jest sprawa. Chłopak z dziewczyną myślą i mówią, że jest tak szansa, że w takim jednym hotelu po ósmej wieczorem już nikogo z obsługi nie ma , goście sami sobie radzą. Że mogę tam iść i na piętrze w kuchni jakoś się umościć. Idę więc zacny pan jeszcze chwilę temu, jak złodziej się skradam do nie swojego hotelu, przez nikogo nie zapraszany, wchodzę, ukradkiem w pokoju z telewizorem pośród gości siadam, pozdrawiam, wymieniam z niektórymi niezobowiązujące zdania i jak jeden z nich swobodnie coraz bardziej się gnieżdżę na sofie. Jakiś film leci, potem kolejny, w tej kuchni co miała być pusta ciągle ktoś się kręci. Wreszcie powoli się wykruszają, rozchodzą do swoich pokoi. Niestety kilku zabawowych koleżków siedzi wciąż, coś tam sobie popalają i spać im się nie chce. Siedzimy, gadamy, bo im się bardzo chce gadać i nie śpię. Wreszcie i oni już miękną, Rocky 2 się skończył, poszli spać. Wygodnie na sofie przed telewizorem w pokoju wypoczynkowym jakiegoś hostelu pospałem w cieple do rana. Rankiem wymknąłem się szczęśliwy cały, że noc w cieple przetrwałem.

Potem poszedłem do tych chińskich dzieciaków podziękować serdecznie, że z kwitkiem nie odesłali, że podrzucili pomysł, o którym w przewodnikach i reklamowych folderach nie piszą. Może i dobrze, bo by mi ktoś inny zajął moją sofę.

mil 21

Dużo radości i wdzięczności naodczuwałem się właśnie tej nocy, że Chińczycy pomogli, że sofa, że fajny wieczór przed telewizorem z ciekawymi ludźmi, że po angielsku, że sofa a nie podłoga w kuchni, że z poduszek z sofy można złożyć kilkuczęściową kołderkę, że mi ciepło, że miałem ufność, że jakość to będzie i jakoś to było, fajnie zupełnie, nieprzewidywanie, zaskakująco, do końca nie wiadomo, a jednak. W mieście królowej spałem tej nocy najlepiej, czułem się po królewsku, doceniałem każdą chwilę i prawdziwie na niej skoncentrowany czułem w sobie ogromną wdzięczność – to ona zaprosiła mnie do komnat, to ona pościeliła wyjątkowo dla mnie królewskie łoże z baldachimem. Tak sobie idę rano po tej nocy chodnikiem wzdłuż sklepowych wystaw i wzrok mój przykuwa sentencja – autor Conrad Anker – poniżej:

True You soon

conrad wiedział co mówił

Air Raro, Rarotonga, Jewish and local friends, Island host, Hollywood on Aitutaki

sea change view

A zacznę od tego Hollywood. A było to tak… Amerykanie wylądowali na wyspie Aitutaki w czasie drugiej wojny światowej, konflikt z Japonią na Pacyfiku. No i sobie tu stacjonowali, czyli obijali się i nie mieli co ze sobą zrobić, więc zbudowali drogę, po której wczoraj jeździłem na rowerze. Miejsce w którym mieli swoją bazę nazwali dla swojskiego się w nim czucia Hollywood, a nad wjazdem do bazy napisali Welcome to Hollywood. Tabliczka ze zdjęcia oryginalna nie jest, ale lokalizacja jak najbardziej. Skąd wiem? Powiedział mi o tym stary Irlandczyk, którego poznałem, a który na wyspie mieszka od 20 lat.

dinner at sea change 2

Dzisiaj wróciłem na Raro. Oczywiście od razu spotkałem się z Isabellą i Tyronem. Zamieszkałem w pięknym domku należącym do uroczego Sea Change Villas. Naprawdę cudowne miejsce, fantastycznie położone, znakomicie pomyślane, bardzo wysoki standard, mnóstwo ujmujących „bajerów”. No niedługo się zastanawialiśmy. Będzie party. Zaprosiliśmy taką przemiłą parę Izraelczyków, których poznałem w Aitutaki Lagoon i leciałem z nimi samolotem. Przygotowania, zakupy, świeża rybka od Diane, warzywa, owoce z lokalnego bazarku, dobre nowozelandzkie wino i… oto jestem gospodarzem przyjęcia na Rarotondze ; – ) Ludzie przychodzą, pukają, otwieram, pełnię rolę gospodarza : – ) No miłe to : – )

sea change dinner sea change dinner 2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I tak nam zleciał dzień i wieczór w cudownej atmosferze, na rozmowach i śmiechu : – ) Taka mieszanka kultur, sposobów postrzegania świata, poczucia humoru, wspomnień, przygód, stylów życia… Moje ulubione doświadczenia, które naprawdę znakomicie budują nasze wewnętrzne bogactwo jeśli tylko pozwolimy sobie się na takie doświadczenia otworzyć i z nich czerpać. No ja sobie pozwalam i bardzo to cenię.

dinner at sea change 3

 

Cudowny dzień. Morze się wścieka na rafie, palmowe liście szeleszczą w ogrodzie, wiatr monotonnie śpiewa do snu. Cały wdzięczny za życie kładę się spać.

True You soon

Czy dla każdego są takie atrakcje i przeżycia jak ta moja podróż po Wyspach Południowego Pacyfiku i Nowej Zelandii?

american runway

Napiszę dzisiaj jednak parę słów z poziomu świadomości siebie i życia jakie sobie wiedziemy. Oczywiście w kontekście tej mojej podróży.

Obiecywałem sobie, że dam sobie i ludziom odpocząć od tego całego coachingowego, rozwojowego wymądrzania. Mocno intensywnie działałem przez ostatnie lata: klienci indywidualni, warsztaty, szkolenia, wystąpienia, wykłady i książka, którą niedługo po powrocie z podróży będę wydawał. No sporo tego i chciałem sobie tak po prostu pobyć – dlatego to „Jestem : – )” na początku każdego posta na FB.  Myślę jednak, że ja tego nie jestem w stanie z siebie wyrugować , bo ja cały tym Jestem ; – ). Nawet tutaj, pewnie uwierzą ci którzy mnie znają, nawet tutaj, gdy tylko z kimś bardziej, głębiej, bliżej pobędę, to zaczyna się : – ) I tak sobie idę przez ten świat, tu coś pomogę zamieść, tam coś zasadzić, tu przeformułuje ktoś coś sobie, tam oczy otworzy albo wzrok zwróci w inną stronę, albo chociaż pod innym kątem popatrzy na sprawę, albo chociaż przytulę i w ciszy pobędę. Nic rozbudowanego, bez kontraktu, ot tak w ramach bliskiego spotkania, bo spytał, bo poprosiła o radę, bo z rozmowy wyszło, jakaś metafora, pytanie, jakiego do tej pory na ten temat sobie nie zadała. No tak czy siak, żyję więc Jestem : – ).

No ale do rzeczy. Bo kilka osób już o tym wspomniało i dzisiaj jeszcze jedna, więc już pomyślałem, że się wypowiem. Czy dla każdego takie wojaże i wolność, życie bez granic, spełnianie marzeń? Co sądzicie? Dla każdego? Co z tym Konradem, że on tak sobie beztrosko? On to się spełnia, ale to nie dla mnie. On to może, a ja to co innego. Innego?

for my wife

Jest takie zdanie, które często mówię moim klientom: ” Jeśli myślisz, że nie możesz, masz rację, jeśli uważasz, że możesz, masz rację”. Co myślisz i co uważasz ma decydujący wpływ na twoje życie. Tyle, że w tym wymądrzeniu jest jeszcze taki haczyk, że nie mówię tu o takim po prostu uważaniu. To moje częste powtarzanie, że jestem dla tych, którzy faktycznie CHCĄ żyć z pełni osobistego potencjału, spełniać się i realizować swój osobisty i zawodowy sukces, to nie jest taki tylko sobie bełkocik rozwojowy powtarzany co krok w świecie skomercjalizowanego biznesu pomocowego. Mam w tym duuuuużo głębszy zamysł na którym osadzam kompleksowy program pracy nad rozwojem moich klientów True You. Bo to chcenie to nie takie CHCENIE z poziomu rozumowego, intencyjnego. Chodzi o to chcenie podświadome, z którego nie zdajesz sobie sprawy. Chodzi o chcenie uwarunkowane. To ONO ma wpływ na to co robisz w życiu, na co sobie pozwalasz, a na co nie, w jakim jesteś miejscu, z jakim myśleniem o sobie, o ludziach, o świecie, o możliwościach jakie masz, i o niemożliwościach, jakie uważasz, że cię ograniczają. To z tego nieuświadomionego poziomu kreujesz swoje życie.

I pewnie masz „rację” twierdząc, że Konrad to może, a ja to nie. Swoją „rację”. Ja się jednak domyślam, bo z tobą nie pracowałem, więc nie wiem na pewno, ale domyślam się bazując na swoim sporym doświadczeniu w pracy z ludźmi, że gdybyśmy popracowali, to by mogło wyjść jak to jest z twoimi podświadomymi CHCENIAMI i że to z nich faktycznie wynika to, że jesteś w tym miejscu życia w którym jesteś, że masz to co masz, że wydajesz na to, a nie na coś innego, że masz do wydania tyle, a nie inaczej, że z tym, a nie innym partnerem żyjesz, takie macie zwyczaje, takie wyobrażenie o ograniczeniach, barierach, murach, tamach. Takie są wasze strefy komfortu, takie przekonania na temat tego z czym sobie byście poradzili, a z czym nie… i tak mógłbym pisać i pisać. Ja jestem najlepszym dowodem na to, że można otwierać kolejne drzwi do komnat wewnętrznego pałacu – tak pałacu!!!, a nie jakiejś jednoizbowej lepianki. No jest ich sporo, pozwalam sobie je widzieć i choć czasem się boję to i na otwieranie się decyduję. I wiesz co? Zarąbiste i często niespodziewane odkrycia tam dokonuję. I wiesz co? To jest fascynująca sprawa tak się odkrywać wciąż i wciąż z pasją, znajdować i korzystać z tych znalezisk. Tylko to faktycznie wymaga gotowości do codziennego podważania siebie z wczoraj, zrezygnowania z  wygody myślenia o sobie, że się siebie zna, wie się kim się jest, z automatyzmów, z wgranych gotowców, schematów poznawczych itp. .

banyan 2 avatar aitutaki

 

Najbardziej będziesz sobą, gdy zapomnisz o tych nalepkach, którymi się określiłeś/łaś. Rozumiesz? Jestem : – ) Podążam za pasją, którą pozwoliłem sobie w sobie odkryć. Jestem ; – ) Pozwoliłem sobie wyzwolić się z podświadomych kajdan, które trzymały i więziły. Jestem ; – ) Pozwoliłem sobie dzięki temu na odkrycie i doprecyzowanie własnej misji i wizji. W towarzystwie tej pierwszej zasuwam ku tej drugiej. Jestem : – ) Akceptuję się i kocham. Jestem : – ) Daję z siebie to, co we mnie najlepsze INNYM. Dzielę się sobą i tym dobrym, co przeze mnie do ludzi dociera i korzystnie wpływa na ich życie. Jestem : – ) i gdy tak sobie Jestem : – ) to dzieją się w moim życiu te rzeczy, które spójnie wynikają z tego co CHCĘ wewnętrznie i zewnętrznie, bo te CHCENIA są spójne, grają do jednej bramki, tworzą synergię i nie ma na nie siły, bo każda z sił im sprzyja i je wspiera i się z nimi wiąże.

A do tego jeszcze mnóstwo roboty mnie to kosztowało, dobrej, wartościowej i cenionej roboty. Całą energię swoją emanuję w tym kierunku, nie rozdrabniam się, nie marnuję na nieważne rzeczy. wiem czego CHCĘ i to robię. I mam z tego radochę, bo kocham to robić. Wielka sprawa. Oczywiście wielka, ale do zrobienia. Zależy tylko czy CHCESZ.

leśna droga

 

Czy podróże egzotyczne dla każdego? Myślę, że tylko dla tego, kto CHCE – tak w tym opisanym przeze mnie rozumieniu CHCE. Jeśli nie wiesz jak CHCIEĆ, nie umiesz CHCIEĆ, ale byś CHCIAŁ umieć tak CHCIEĆ, to zapewniam cię, że to da się zrobić. Zamiast zazdrościć, podziwiać, wkurzać się, będziesz robić to swoje i już, i będziesz sobie mógł/mogła mówić: Jestem : – ) Fajnie jest mówić Jestem : – ), a jeszcze fajniej jest co całym sobą czuć. Cud istnienia : – ), a zarazem jego natura.

 

 

 

 

Napiszę tu jutro moją misję i wizję. Może weź sobie za wzór te moje i spróbuj określić własne. Oczywiście trzeba się do tego trochę przygotować, uchylić wrota tamy jaka więzi wody twojej energii życiowej i broni kontaktu ze sobą, ale tak na próbę, dla smaku spróbuj określić swoją życiową misję i wizję i zobacz jak ci z tym. Uffff….

Na dzisiaj koniec ; – ) Wracam do jedzenia pyszności : – ) Siedzę sobie w knajpce na otwartym powietrzu, jakiś muzyk lokalny śpiewa po maorysku, a ja mam na stole świeżo złowioną game fish a za plecami bufet pełen lokalnych owoców i warzyw : – ) Teraz to już cały Jestem : – ) apetytem. Yummy : – )

PS: zdjęcia z dzisiaj – jeździłem sobie na rowerze po Aitutaki : – ). O tym skąd się wzięła tam tabliczka „Welcome to Hollywood” napiszę jutro.

Polowanie na wodach południowego Pacyfiku

O piątej rano pobudka i już chwilę później jedziemy przez noc main road do portu. Tak dla jasności  na Rarotondze są dwie drogi, rzeczona, zewnętrzna, tuż przy brzegu, przy resortach, oczywiście wkoło wyspy, 32 km (dla braci biegaczy nadmienię tylko że raz w roku odbywa się tu bieg – może ktoś miałby ochotę na Rarotonga Circle? – biegam tu co rano, trenuję : – )) i druga, back road, bardziej w głębi lądu, wokół której toczy się życie miejscowych ludzi i miejscowej przyrody.

No ale wracając do opowieści, to już jesteśmy w porcie, wsiadamy na łódź i ruszamy w noc na rozszalały Pacyfik. Łódź skacze jak piłka na sporych falach. Wędki w wodę i już wkrótce jest pierwsze branie. – dla niewiedzących uwielbiam wędkowanie i marzyłem by zmierzyć się z mieszkańcami morskich głębin południowego Pacyfiku. I to dosłownie głębin, bo około 1,5 mili morskiej od brzegu jest już prawie mila wody pod kilem  : – )

Pierwsze branie, które ja zacinam i już walczę z potworem. Po 10 min na pokładzie ląduje pierwszy tuńczyk żółtopłetwy. Za chwilę kolejny, i jeszcze jeden na innych wędkach. Poranek i pogoda sprzyjają częstym braniom.

yellow fin tuna

Huśtawka na falach jednak sprawia, że towarzysze wyprawy po kolei lądują na kolankach z głowami za burtą. I tak z butnych i zarozumiałych  kapitanów wózków na zakupy w hipermarketach zamieniają się kolejni panowie w wyjące szczurki lądowe z zapłakanymi oczami w czerwonych obwolutkach na białych jak ich własne pośladki twarzach. Po dwóch godzinach kapitan łodzi lituje się nad nimi i wracamy do portu wysadzić zombich. Oczywiście przesadzam teraz. Dzielni byli ludzie. Bardzo im współczuję, bo natura jest taka, że jeden może, a drugi żeby nie wiem jak chciał, to rzyga i tyle. Wracamy na może z jedną tylko dziewczyną z Włoch, która żyje od kilku lat w Nowej Zelandii. Dzielnie się trzyma i łowi chwilę później pokaźną sztukę. Jeszcze kilka pada moim łupem, podczas gdy kryzys dopadł i moją towarzyszkę.

tuna

Wiedziałem, że kocham morze i ono mnie z wzajemnością. Już kilka razy na wzburzonym morzu pływałem i wspomnienia mam tylko takie, że dobrze mi na wodzie, a bujanie w jakiś taki dobry stan wprowadza, ekscytuje na początku, bawi, a z czasem koi, relaksuje, wprowadza w przyjemny stan dziecka kołysanego przez troskliwego rodzica. Tak było i tym razem. Lucky me.

Na połowy wybrałem się z najlepszymi w tym fachu na wyspie. Zresztą przez wspólnych znajomych już w sobotę poznałem Diane, więc nawet nie było mowy o kimś z konkurencji. Diane jest prawdziwą Marlin Queen (tak nazywa się ich firma, mają trzy łodzie i naprawdę super załogę), pełną pasji, uroczą kobietą, która wraz z mężem prowadzi ten biznes od kilku lat. Cudowni ludzie. Prowadzą też knajpkę Bite Time zaraz przy lokalnym bazarku, tuż obok portu. Co serwują? No świeżą rybkę oczywiście : – ) pod postacią Ika Mata i w innych wydaniach. Wyborne : – )

Marlin queen Diane

Rybki wyfiletowane w porcie trafiają do reklamówek i potem jeżdżę po wyspie i podrzucam znajomym wyspiarzom. Będzie dużo pysznego Ika Mata. Niestety nie będzie mi dane zasiadać z nimi przy stołach, bo mam tylko czas na spakowanie i ruszam w drogę.

airraro 15 sits

Dokąd tym maluchem lecę? Tam skąd właśnie dla Was piszę, ale o tym jutro…

True You soon

Wyzwól w sobie świadomego przywódcę cz. V

Policz swoją markę osobistą

W Polsce nie ma jeszcze wiarygodnych badań. Moją wiedzę czerpię z USA. Wyniki ankiety przeprowadzonej przez Instytut Glena Llopisa wskazują, że mniej niż 15% ludzi pełniących role kierownicze w Stanach Zjednoczonych  przeszło proces budowy swojej marki osobistej. Bazując na danych pozyskanych ze wspomnianej ankiety tylko 5% badanych faktycznie żyje wynikami przeprowadzonego procesu. Dlaczego tylko 5%? Ponieważ codzienna Realizacja swojej marki osobistej wiąże się z determinacją, konsekwencją, zaangażowaniem, systematycznością, odwagą, klarowną Wizją działania, motywacją, poczuciem Wartości i sensu tego, co, dlaczego i dla kogo robisz. Dlaczego tylko 5%? Ponieważ każdy potrzebuje rozpocząć ten proces doświadczeniem siebie, spotkaniem się i zaopiekowaniem się tymi aspektami siebie, które mogą więzić ich wewnętrzny potencjał.

Jeśli budowanie marki osobistej ograniczysz do działań marketingowych, jeśli pobieżnie podejdziesz do kwestii kluczowych, jak wgląd wewnętrzny, odkrycie misji i wizji osobistej, jeśli nie zaczniesz od wyzwolenia się z ograniczających przekonań podświadomych i nie wyzwolisz swojego potencjału, to efekty będą ulotne. Najważniejszym czynnikiem kształtującym naszą jakość i wartość  jest nasza autentyczność, nasza spójność wewnętrzno-zewnętrzna. To nie są puste – wielkie słowa. Cały mój autorski program True You opiera się o strukturę pracy nad odkrywaniem własnej autentyczności. Jeśli przejdziesz ten proces, kolejne kroki budowania marki przechodzisz z otwartymi oczami, wiesz co robić, jak robić, dla kogo, jak do tych ludzi docierać, jak komunikować, a przede wszystkim po co to robisz, co jest w tym dla ciebie i dla innych ważne. Jeśli jest autentyczność, to co robisz jest ci bliskie, wynika z ciebie, robisz to z pasją, miłością i zaangażowaniem. Determinacja, konsekwencja, systematyczność, odwaga są wtedy oczywiste, naturalne, nie zmuszasz się, ale chcesz więcej, bo wiesz dokąd to prowadzi i nie możesz się tego doczekać.

Aż 70% ankietowanych twierdzi, iż mają określoną swoją markę osobistą, a 50% deklaruje z  przekonaniem, że nią żyją w swojej codzienności. Zwykle okazuje się, że to, co ludzie uważają za życie w zgodzie z marką osobistą, jest realizowaniem działań służących promocji własnej osoby w oparciu o własne wyobrażenia na swój temat. Jakie wyobrażenia, jaka realizacja oparta o te wyobrażenia, takie efekty. No właśnie.

W kokonie dojrzewa motyl

Pisałem w poprzednich odcinkach o tym, że jesteś kimś więcej niż tylko wynikiem warunków, okoliczności i ludzi jacy mieli wpływ na to jak się kształtowałeś. To, co zostało ukryte w ciasnym kokonie naleciałości wychowania, edukacji, wzorców, emocji, doświadczeń, tradycji, wciąż jest na swoim miejscu. Na tym co twoje, na własnym potencjale możesz budować siebie, swoją szczęśliwą przyszłość. Dzięki świadomemu wglądowi możesz odkryć wartość swoich życiowych doświadczeń i  czerpać z nich zamiast się o nie nieustannie potykać, bądź uzasadniać nimi swoją bierność.

Jeśli pojawiły Ci się jakieś pytania, wątpliwości, chcesz się ze mną podzielić swoim doświadczeniem, napisz do mnie:

konrad@konradwilk.pl www.konradwilk.pl

Zapraszam Cię również do odwiedzenia mojego FunPage i jeśli zechcesz, to unieś swój kciuk i poleć go swoim znajomym : – ) https://www.facebook.com/konradwilk46

#konradwilk #orangetreeoflife #trueyou #markaosobista #personalbranding #świadomość #rozwójosobisty #sukces #człowieksukcesu #coach #coaching #businesscoaching #executivecoaching #motywacja #autentyczność #życie #pasja