Tańczący z Ludźmi – dossiere str. 2 i kontakt

Druga strona dossiere z książeczki i namiary na mnie na zakończenie.
Takie książeczki robimy z moimi klientami, którzy pracują nad budowaniem świadomej marki osobistej. Więcej i bardziej to przemawia niż klasyczne wizytówki. Szczegółowy opis struktury takiej książeczki, którą nazwałem TY ID, prezentuję w mojej kolejnej książce, jaka ukaże się już niedługo, w połowie 2018 roku. Pomysł jest autorski, a inspiracja pochodzi z zacnych źródeł zza Atlantyku – jestem pewien, że wkrótce taka forma pokazywania swojej autentyczności stanie się w naszym kraju czymś oczywistym. Póki co potrzebujemy więcej osób, które tę autentyczność własną odkryją, by mogły w zgodzie z sobą i z dostępem do siebie mądrze i skutecznie komunikować własną unikalność. W książce „Jak się zabić, by zmartwychwstać…” znajdziesz opis mojego programu TY i mnóstwo ćwiczeń, które pozwolą ci przejść przez poszczególne kroki jego realizacji.
Po co ci taka książeczka? Pokazywać ją można swoim aktualnym i potencjalnym klientom, otoczeniu, wszystkim tym, do których chcesz dotrzeć, na których ci zależy, dla których masz to, czego oni naprawdę potrzebują.
Ludzie chcą wiedzieć kim jesteś, jakim jesteś człowiekiem, co jest dla ciebie ważne. Chcą poczuć coś w związku z tobą, a na powstałych emocjach budować swoje wyobrażenie nie tylko na twój temat, ale również na temat tego dlaczego i po co robisz to co robisz, jak to robisz i jakie korzyści mogą osiągać z tego, że z twojego wsparcia zdecydują się skorzystać. Nie każ im się domyślać, bo wtedy łatwo mogą pójść ścieżkami skojarzeń i wyobrażeń, których być może wcale sobie nie życzysz. Pomóż im w budowaniu spójnego z twoją autentycznością wrażenia na twój temat.

tył mały 7a mały

Reklamy

„Jak się zabić, by zmartwychwstać…” – recenzja dr Lidia D. Czarkowska

TY OKŁADKA

Moi drodzy

Kolejna recenzja. Tym razem autorstwa dr Lidii D. Czarkowskiej. Tym, którzy się interesują coachingiem, nie muszę Jej przedstawiać. Cudowny, piękny człowiek, coach, trener, wykładowca, mówca, profesjonalistka w każdym calu, prawdziwa, piękna kobieta, osoba, w której chyba każdy kto miał z nią kontakt, zakochuje się bez reszty. Kwintesencja tego, co jest celem każdego z nas na drodze, o jakiej piszę w książce „Jak się zabić, by zmartwychwstać…”.

Poniżej recenzja książki. Obszerna i mądra. Bogata w wiedzę, świadomość siebie i procesów życia, jakim podlegamy niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z nich sprawę, czy nie. Dzięki takim ludziom jak Lidia, możemy zacząć zdawać sobie sprawę coraz bardziej. Zapraszam do lektury.

Recenzja książki „Jak się zabić, by zmartwychwstać…” : dr Lidia D. Czarkowska

W jaki sposób słowa mają moc tworzenia? Aby tego doświadczyć zapraszam do lektury książki napisanej przez Konrada Wilka, w której autor właśnie poprzez słowa i obrazy użyte w świadomy, wielowarstwowy sposób – poprzez symbole, metafory, archetypy i opowieści – otwiera przed czytelnikiem drzwi transformacji i uruchamia proces uautentyczniania i aktualizacji siebie.

 

Każdy z nas jest niepowtarzalnym i bezcennym podmiotem, który jako jedyny może stawać się samym sobą i wnosząc swój unikalny wkład, współtworzyć w ten sposób i dopełniać wszechświat. Dwuetapowy program Truly You (TY ®), stworzony i opisany przez autora, jest spójny z samą istotą coachingu, czyli wspieraniem ludzi w odkrywaniu i realizacji ich osobistego potencjału. Sześć kroków składających się na całość programu prowadzi czytelnika przez poszukiwanie, spotykanie i odkrywanie samego siebie oraz swoich wewnętrznych skarbów, czyli wyzwalanie spójności osobistej, nazwane przez autora procesem Trualize Yourself (Ty ©) – po precyzowanie, ogłaszanie i spełnianie swojej misji, czyli realizację struktury osobistego sukcesu, nazwane tutaj Trademark Yourself (Ty ™).

Konard Wilk kładzie przed czytelnikiem całą paletę modeli, ćwiczeń i mocnych coachingowych pytań – takich, które przyczyniają się do poszerzania samoświadomości i podnoszą dostęp do osobistej mocy sprawczej.

Rdzeniem pojęcia samoświadomość jest conscienca, czyli świadomość – słowo, które etymologicznie wywodzi się z łaciny [łac. con – razem; z i łac. scientia – wiedza] i oznacza wiedzę współdzieloną, a więc wiedzę pochodzącą ze wspólnego pola informacji, do którego zyskujemy dostęp poprzez refleksję nad doświadczanym życiem. Z tego względu niezwykle istotny jest sam podmiot poznający – czyli ten, który doświadcza. Nasza świadomość jest subiektywna, właśnie dlatego, że w znacznym stopniu zależy od samego obserwatora oraz sumy jego doświadczeń. Z tego względu szczególną wartością i swoistym pięknem tej książki jest dzielenie się przez autora samym sobą, osobistą historią, ważnymi dla niego autorytetami i własną biografią, będącą drogą do autentyczności – wplatanymi nieustannie w treść dzieła.

Autor opisując swoją ścieżkę pokazuje też źródła własnych inspiracji i chociaż postanawia nie cytować żadnych klasyków po to, aby mówić własnym głosem – to odnosi się do idei m.in. Roberta Diltsa, Clare W. Gravesa czy Kena Wilbera, które zapładniały jego świadomość w tworzeniu autorskiego modelu Etapów Spójności Osobistej oraz narzędzi do wspierania procesu jej rozwoju. Przekornie zacytuję tu jednego z ludzi, których biografia jest potwierdzeniem przejścia wielkiej osobistej transformacji: „Człowiek nie może niczego nauczyć drugiego człowieka, może mu tylko dopomóc w wyszukiwaniu prawdy we własnym sercu(…)” Św. Augustyn. Książka zawiera także krótką charakterystykę modeli osobowości Hipokratesa-Galena, Junga i testu MBTI® Myers-Briggs a także metaprogramów oraz testu Mindsonar Hollandera. Jednakże autor zaprasza do pogłębionej autorefleksji ponad ograniczającymi etykietkami, jakie moglibyśmy sobie przykleić. Pokazuje nie tylko fazy, ale też pułapki na drodze rozwoju Człowieka Świadomego. Daje też narzędzia coachingowe do pracy nad przekonaniami stanowiące praktyczne zastosowanie modelu RTZ Maultsby’ego oraz opisuje stan przepływu oraz pracę z cieniem, tak istotne w odkrywaniu Misji Spójności Osobistej i Wizji Osobistego Sukcesu.

Budzenie w nas przez Konrada Wilka samoświadomości i gotowości do życia w zgodzie z odkrywaną o sobie prawdą, wpisuje się w nurt psychologii humanistycznej. Nauka wyróżnia poziomy świadomości – niże, to po prostu odwzorowywanie środowiska w umyśle, czyli świadomość otoczenia oraz zdawanie sobie sprawy z istnienia samego siebie (np. identyfikacja samego siebie w lustrze, która łączy się z identyfikacją z własnym ciałem i jego doznaniami; odczuwaniem bólu i przyjemności). Wyże poziomy świadomości to: samoświadomość introspekcyjna i metaświadomość[1]. W centrum zainteresowania psychologii humanistycznej stoi właśnie samoświadomość introspekcyjna, czyli idea samego siebie, która tworzona jest w oparciu o dwa sub-aspekty:

1) zdawanie sobie sprawy z doświadczanych obecnie przez podmiot: doznań (odczuć), emocji (uczuć), potrzeb, motywów, myśli (poglądów, przekonań i sądów wartościujących) oraz własnych możliwości i ograniczeń – i tutaj nie do przecenienia w procesie samopoznawczym jest rola coachingowych pytań oraz

2) pamięć epizodyczna (katalog osobistych wspomnień), pomagająca jednostce w zachowaniu poczucia ciągłości biograficznej i tożsamości, niezależnie od bieżących zmian w środowisku – może to być obszar pracy coachingowej jeśli eksploracja przeszłości ma na celu poszukiwanie dostępu do osobistych zasobów lub obszar pracy terapeutycznej jeśli potrzebne jest uwalnianie od wynikających z przeszłości blokad i uzdrawianie dawnych zranień.

Natomiast metaświadomość, jest rozumiana jako świadomość świadoma samej siebie, a jej eksploracją zajmuje się psychologia transpersonalna. Te dwa wyższe rodzaje świadomości psychologia humanistyczna uznaje za istotę bycia człowiekiem.

Carl Rogers uznawał rozwój samoświadomości za klucz do poczucia podmiotowości (samostanowienia) i autonomii jednostki[2]. Samoświadomość w ten sposób otwiera drogę do wolności od ograniczeń zewnętrznych (materialnych) i wewnętrznych (osobistych). Z kolei Erich Fromm twierdził, że wysoka samoświadomość charakteryzuje tych, którzy potrafią twórczo realizować swoje pragnienia, kierując się przy tym własnymi wartościami, odkrywanymi w procesie refleksji nad osobistymi doświadczeniami, co prowadzi do afirmacji własnego „ja” w kontekście całego życia jednostki[3].

Zarówno myśl Fromma i jak i Rogersa obecne są w tym, co jako proces rozwoju Spójności Osobistej opisuje Konrad Wilk – dlatego czytając tę książkę wielokrotnie odczuwałam zachwyt nad tym jak uniwersalna mądrość należąca do ludzkości jest dostępna każdemu z nas, kto tylko odważy się na postawienie sobie istotnych pytań i otworzenie serca i umysłu na pojawiające się odpowiedzi. Autorowi bez wątpienia nie brakuje odwagi w zadawaniu pytań i aktywnemu wspieraniu czytelnika w odkrywaniu jego własnych odpowiedzi. Dzięki temu działa jako „Przebudzacz”, nazywany przez Roberta Diltsa Awakenerem, czyli jako Coach tranfsormacyjny, pracujący na najwyższych poziomach piramidy neurologicznej.

Ważna w tej książce idea metaforycznej śmierci na poziomie tożsamości – umrzeć by móc narodzić się ponownie – także jest obecna w psychologii egzystencjalnej i humanistycznej od wielu lat. Szczególnie bliskie tej koncepcji wydają się proces indywiduacji Carla Gustawa Junga, teoria kryzysów egzystencjalnych Erika Eriksona i stosunkowo mało znana w Polsce, za to intensywnie rozwijana w Kanadzie, Wielkiej Brytanii i USA Teoria Dezintegracji Pozytywnej profesora Kazimierza Dąbrowskiego. Według modelu Konrada Wilka kluczowa transformacja nazywana przez niego „fazą śmierci” następuje w okresie zwanym „kryzysem wieku średniego” (42+/- 3 lata) co koresponduje z ideą procesu indywiduacji opisywaną przez Junga, jako moment, w którym koło czterdziestych urodzin nasze poczucie własnej wartości przestaje zależeć od tego jak jesteśmy postrzegani przez otoczenie i czy żyjemy w zgodzie z obowiązującymi standardami społecznego sukcesu, a zaczyna być związane z tym na ile żyjemy w zgodzie z własnymi, osobistymi wartościami po to by indywidualnie doświadczać poczucia spełnienia. W modelach Ericsona i Dąbrowskiego – „umieramy” w ciągu życia wielokrotnie – co każde 7-11 lat, kiedy dawna tożsamość przestaje spełniać swoją funkcję a nowa potrzebuje okresu inkubacji aby się narodzić, i to zwykle w bólach.

Dlatego właśnie polecam tę książkę wszystkim, którzy stoją u progu własnej pierwszej lub kolejnej transformacji w swoim życiu – i już nie wystarczają im odpowiedzi jakich udzielali sobie dotychczas, a to, co nieuchronnie nadchodzi, chociaż jest jeszcze dla nich niewyraźne, niepewne lub wręcz przerażające.

Konrad Wilk jako coach pokazuje w swojej książce pełną pokory a jednocześnie mocy postawę towarzyszenia klientowi w procesie transformacji. Dzięki istnieniu coacha-lustra klient może łatwiej zobaczyć swoją sytuację, swoje reakcje, dylematy i wybory oraz doświadczyć „przemiany”, której naturalny przebieg zmierza ku uspójnieniu wewnętrznych przeciwieństw. Poprzez odkrywanie prawdy o sobie, następuje integracja na głębszym poziomie tego, co początkowo jawi się jako dysharmonia a nawet sprzeczność. Wszak istotą coachingu transformacyjnego jest rozwijanie stanu wewnętrznej spójności – dzięki czemu osiąganie przez klienta zamierzonych rezultatów staje się naturalnym zewnętrznym skutkiem wewnętrznej integracji[4].

Z tego względu polecam tę książkę również profesjonalnym coachom, jako źródło inspiracji, wiedzy i narzędzi do wspierania i siebie i klientów na ścieżkach rozwoju autentyczności i spójności, do wyrażania siebie, poprzez życie swoją misją i realizację wizji. A wszystko to po to, aby cieszyć się ze Świadomej Tożsamości i dzielić ze Światem owocami „zmartwychwstania” takimi jak: elastyczność, unikalność, pokora, radość życia, rozwój i prostota.

           

dr Lidia D. Czarkowska

Quality of Life Institute

 

 


[1] Więcej na ten temat w: Lidia D. Czarkowska (2016) Coaching a samoświadomość, Wstęp [w:] Coaching Review nr 1/2016 (8).

 

[2] Rogers, Carl R. (2002) Sposób bycia, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.

[3] Fromm, Erich (1993) Ucieczka od wolności, Czytelnik

[4] Czarkowska Lidia D. (red.) (2014) Coaching transformacyjny jako droga ku synergii, Poltext, Warszawa

 

Recenzja znajdzie się w całości w książce, a jej fragment na jej tylnej okładce

Truly You soon,

„NAGA ASU” – kolejny fragment mojej książki na wakacje

Drodzy

Czy ktoś z was widział boga żywego? Ja widziałem boginię, żywą, stworzoną i odtwarzaną na obraz i podobieństwo dziewczynki pohańbionej przez jej pana i władcę…

 

Nie ma co robić…

 

… Od kilku lat nie było żadnych wojen, na dworze żadnych intryg, w kraju żadnych rozruchów. Przechadzał się pustymi korytarzami pałacu, by jakoś zabić czas. Konał z nudów.

– Może jakieś przyjęcie znowu urządzę – pomyślał – może coś się wydarzy. Wyprawię ucztę, jakiej nie pamiętają najstarsi dworzanie – ciągnął coraz bardziej podekscytowany. – Każę najznakomitszym krawcom zrobić najwspanialsze stroje dla mnie i moich żon.

Miał pięć żon. Wszystkie piękne i z dobrych domów. Wszystkie znudzone nudnym dworskim życiem i wiejące dla niego nudą. Wszystkie przewidywalne, takie same od lat, powtarzalne, męczące. Marzył o nowej zdobyczy i liczył, że na przyjęciu jakąś spotka, dlatego zaprosił setki poddanych, same najznamienitsze rody z kasty bramińskiej i kszatrijskiej.

Krawcy dwoili się i troili pętając dostojnego władcę w sieci krawieckich metrów. Najcenniejsze jedwabie i skóry dzikich zwierząt przykładali do jego postawnej sylwetki biorąc miarę na nowy strój. Przyjechał także znakomity złotnik newarski, prawdziwy artysta wyczarowujący ze złota znane w całym królestwie dzieła sztuki. Król znudzony wielogodzinnymi przymiarkami stał w oknie wychodzącym na dziedziniec popadając w coraz głębszą melancholię. Rozsadzająca go niegdyś życiowa energia ukryła się gdzieś w ciemnych korytarzach jego posępnej duszy. Czuł się, jak cień siebie sprzed lat. Marzył o bodźcu, eksplozji zmysłów, szaleństwie zdarzeń, niebezpieczeństwach, od których uzależnił się w czasach podbojów wojennych i sercowych. Nagle serce zamarło w nim. Wstrzymał oddech, lecz serce miast się uspokoić, poczęło bić jak szalone, rwać się i gubić rytm. Krew uderzyła mu do głowy, rozlała się po wszystkich członkach. Na dziedzińcu bawiła się grupka dziewczynek. Kilka z nich znał od ich najmłodszych lat, bo to córki jego dworzan. Wśród nich była też ona. Pewnie ich rówieśnica, ale coś sprawiało, że wyróżniała się na tle tamtych. Bił od niej jakiś niewyjaśniony blask, jakby poświata wokół ciała świętej, a może nawet bogini. Choć wzrostem nie odbiegała od koleżanek, była jak miniatura dorosłej kobiety zdobna w obłe kształty wypełniające prostą, białą sukienkę, pozornie tylko kryjącą nagość jej ciała. Promienie słońca, które padały na nią od tyłu, bezlitośnie rozprawiały się z jednowarstwowym materiałem jedynego nakrycia jej wdzięku. Przerwała zabawę z innymi i spojrzała w jego kierunku gładząc ręką zmierzwione zabawą włosy. Chciał się schować w komnacie zawstydzony ale nie mógł się ruszyć. Zastygł tak w zachwycie i patrzył na nią spijając każdy szczegół z jej twarzy. Miała nieludzko regularne rysy, pełne, lekko rozchylone wargi i wielkie czarne oczy, takie wilgotne, jakby płakała: – Jakby płakała z rozkoszy – pomyślał i skurczył się w sobie, poczuł pieczenie wszystkich mięśni swego ciała napiętych do granic wytrzymałości. Ta spojrzała jeszcze na niego tak, jak tylko kobieta potrafi spoglądać na mężczyznę, gdy szkoda jej czasu na grę domysłów, w którą on zwykle grać nie umie, i pobiegła się bawić. A może tylko zdawało mu się, że tak na niego patrzy? Nie ważne. Ważne było tylko to, że chciał, by właśnie tak było. Śledził wzrokiem jak biegła, patrzył jak targana pędem wiatru suknia oblepiała łapczywie jej przedwcześnie dojrzałe piersi, gładziła wklęsły brzuch, wciskała się bezwstydnie między młode uda i marzył by stać się wiatrem.

Odwrócił się od okna i obłąkanym wzrokiem spojrzał na zebranych w komnacie poddanych. Krawiec i złotnik widząc, że coś się złego z Panem dzieje, posłali po dworzan i medyka. Stał i patrzył na nich nieobecnym wzrokiem. Po jakimś czasie, gdy ochłonął trochę, spytał: – Kto zna dziewczynkę w białej sukni, która bawiła się z dwórkami tam za oknem? Złotnik wysunął się na czoło tej gromady i szepnął przerażonym głosem: – To moja jedyna i najukochańsza córeczka królu. Nazywa się Kumari – dodał.

– Zapraszam cię złotniku na naszą ucztę. Możesz zabrać na nią kogo zechcesz, ale musi być z tobą ona – rozkazał. Złotnik Tadżin skłonił się pokornie i nie znając pojęcia sprzeciwu wobec władcy wykonał rozkaz króla.

Przyjęcie okazało się być najwspanialszą tego typu imprezą w dziejach królestwa. Cały pałac pękał w szwach od znamienitych gości. W kilku salach bawili się oni przy dźwiękach granych przez kilka zespołów, setki służących dbały o komfort zaproszonych. Wytworne jadła i świetne napitki miażdżyły bezkresne ławy, na których je wystawiano. Na przyjęciu zjawili się wszyscy najwyżej stojący w hierarchii społecznej dostojnicy, tylko króla Dźaja Prakaśa zabrakło. Zabrakło go , gdyż przez cały wieczór zajęty był gwałceniem, młodziutkiej, jedenastoletniej Kumari , jedynej córki znanego złotnika Tadżina. Dziewczynka nie przeżyła spotkania z władcą i nim wstał nowy dzień umarła wykrwawiając się na śmierć w jednej z komnat, gdzieś na końcu jednego ze skrzydeł pałacu. Tego wieczora, w czasie największej imprezy w historii królestwa, jedna z pięciu nudnych i znudzonych żon królewskich urodziła mu dziesiąte dziecko. W czasie, gdy król gwałcił dziecko złotnika urodziła mu się pierwsza córka. Wszyscy wiedzieli o problemach ciążowych jego żony i dlatego narodziny zdrowego dziecka okrzyknięto jako cud. Szczęśliwy ojciec przyniósł nad ranem do głównej sali zawiniętą w jedwab córeczkę i pokazał ją gościom. Nadworny astrolog poinstruowany przez władcę wygłosił horoskop małej. Powiedział, iż żyje ona dzięki ofierze pewnej dziewicy, która znając komplikacje królewskiej żony zdecydowała się oddać życie w ręce bogini Durgi, w intencji królewskiej córki. W tym momencie czterech podwładnych wniosło na salę bezwładne ciało Kumari zawinięte w ociekające krwią prześcieradła. Bezgranicznie wdzięczy król ogłosił dziewczynę boginią i rozpoczął trwający do dziś kult młodych dziewcząt, które mają być ponoć kolejnymi wcieleniami Kumari Dewi. Tylko jeden człowiek nie uwierzył w szczerość króla.  Złotnik Tadźin zupełnie posiwiał tego wieczora, a gdy ochłonął, począł wygrażać królowi i złorzeczyć. Król kazał go wrzucić do tej komnaty, w której wielokrotnie posiadł jego córkę, kazał go związać, zakneblować, a następnie zamurować wejście do sali. Rok po tym zdarzeniu królestwo zostało najechane przez Prithwi Narajana Szacha. Szach wyrżnął całą rodzinę Dźaja Prakaśa na jego oczach łącznie z cudownie narodzoną jednoroczną wtedy córeczką, a następnie poderżnął mu gardło i zostawił, by się wykrwawił na śmierć.

 

Fragmenty mojej książki „Naga Asu” z okazji wakacji

Naga Asu1

Siedzę w ciszy, z dala od czasożernej codzienności i piszę książkę o odkrywaniu własnej autentyczności i budowaniu świadomej marki osobistej. Pomyślałem, że chętnie przypomnę Wam o mojej książce „NAGA ASU”, która jak najbardziej pasuje tematycznie do wakacji, wyjazdów, podróży, wypraw, na jakie część z was się wybiera, jest w trakcie, a może planuje. Książka „NAGA ASU” jest opowieścią o mojej sześcioletniej podróży po krajach biednego świata, szczególnie po południowej Azji. Nie tylko podróże, przygody, rozmowy, spostrzeżenia, stosunki społeczne, polityka tzw. pomocy dla biednych, ale też moje własne doświadczenie osobistej przemiany, odkrywania siebie, spotykania, zaprzyjaźniania się, poznawania siebie w tych odmiennych od codzienności okolicznościach. Strach, głód, dramatyzm, lęk, nieprzewidywalność, fascynacja, tajemnica, mocne doznania wyzwalały ze mnie to, co na co dzień pozostaje ukryte, oswojone, wyparte. Było też śmiesznie, choć miało być podniośle i o tym będzie pierwszy z fragmentów, jakie co kilka dni będę zamieszczał na tym blogu. Przyjemnej lektury i udanych wakacji : – )


Święty dzień nastał w świętym mieście…

 

… i my uświęceni budzimy się rano do nowego życia. Serca przepełnione wiarą pukają rytmicznie, gdy biegniemy na ghaty okalające jezioro, by grzechy w nim zmyć, serca z win oczyścić, żeby lekkimi się stały, jak pióra skrzydeł aniołów, jak płatki skrzydeł motyli.

Już po schodach świętych boso zbiegamy, już nas rozdarty tłum świętych mężów z wszystkich stron oblega. Rozdzielają nas sprawnie, mnie gdzieś ciągnie jeden taki chudzielec z długą siwą brodą, w przepaskę biodrową ubrany, z nogami tonącymi we wrzodach.

– Oto jesteś w Puszkarze, mieście świętym nad świętymi – święty mąż zaczyna – tu duchowość przenika materię, tu mistycyzm wygrywa odwieczną walkę z ułudą, którą zwiesz prawdą życia. Tu, wśród nas żyją bogowie, stąd na świat spoglądają, ale im bliżej nich jesteś, tym lepiej usłyszą twe słowa, więc ciesz się i świętuj, bo właśnie możesz o wszystko ich prosić, a oni twe prośby tu spełnią…

Gdy mówi te piękne słowa składnym i płynnym angielskim, na głowie mi kropkę maluje. Potem mi w prawą rękę wsadza jakieś kwiatki, w drugą garść ryżu, na tej samej lewej nadgarstek sznurkiem owija, plącze kilka pętelek, mówiąc wciąż nieprzerwanie.

… Om, coś tam, om, coś tam, om, ble, ble, ble… – powtarza mantry słowa i każe mi je powtarzać, a w przerwach jeszcze dodaje – …za moją rodzinę…

–          Za moją rodzinę… – powtarzam z namaszczeniem.

–          …za ojca, za matkę… Masz siostrę? – dla pewności pyta.

–          Mam.

–          … za siostrę… A braci?

–          Nie mam.

–          Nie masz braci!?!

–          Nie – zapewniam ponownie widząc głupią minę tamtego. Coś jakby żal, rozczarowanie po ustach mu przemyka.

–          …za dobrą karmę, za powodzenie w życiu osobistym… Pracujesz?

–          Tak.

–          … i zawodowym… om, coś tam, om coś tam, om, ble, ble, ble…To wyjątkowe miejsce, Puszkar to święte miejsce, tu łaska bogów w powietrzu i w wodzie, w budynkach, w krowach i nawet w ludziach. Pamiętaj, że masz tylko jednych rodziców i jedną siostrę… – znów urywa z niedowierzaniem – … jedną siostrę – powtarza – …więc bądź tym bardziej szczodry, bo tylko jedni rodzice, jedna siostra… om, coś tam, om, coś tam, om, ble, ble, ble… W jakiej walucie chcesz prosić o dobrą karmę dla nich i dla siebie? Może być w dolarach, w euro, w rupiach, bogom wszystko jedno. Może być 1000 dolarów, albo 500 euro… – mój śmiech – … może być 20 dolarów, a nawet 10 dolarów… – mój śmiech – …na ile więc cenisz szczęście swoje i swoich najbliższych? – groźnym, gardłowym głosem pyta już znacznie mniej święty świętoszek.

–          Mogę wam dać 100 rupii (około 2 dolary) – krótko odpowiadam – 100 rupii za nas oboje – dodaję i wskazuję na moją dziewczynę, która z podobnym świętoszkiem męczy się tuż obok.

–          Om, coś tam, ble – w skrócie tym razem mruczy słowa modlitwy i dodaje w tym samym rytmie – wrzuć to, co ci dałem, do wody, pieniądze zapłać naszemu szefowi, który siedzi tam, pod daszkiem w cieniu. Z tym sznurkiem na nadgarstku już nikt cię tu nie zaczepi.

Przepełnieni mistyczną duchowością, odmienieni, zupełnie, jak nowi, idziemy na spacer po mieście. Poczucie odrodzenia i czystej świeżości żyje w nas dzięki wielu minutom szczerego śmiechu, jaki wzbudziły w nas rytuały, których przed chwilą dostąpiliśmy. Czyżby to ta lepsza karma spłynęła cudownie już na nas?

Do wieczora jeszcze ze stu, podobnych tamtym, nas do świętości namawia. Do hotelu wracam z rękawem utkanym z tych sznurków, że tylko dłoń widać, ale i ta cała jest wymazana w hennie przez jakieś święte kobiety, które ganiały za nami po całym Puszkarze – Przenajświętszym Mieście.