W środku aktywnego wulkanu – White Island, Bay of Plenty, North Island, New Zealand

wi13

Wrrrrrrrrrrrrr

Wczesnym rankiem, w blasku wschodzącego słońca wsiadamy w Whakatane na łódź i wypływamy w morze. Bezchmurne niebo, niezbyt wysokie fale lekko, przyjemnie kołyszą. Panuje obezwładniająca atmosfera relaksu, jest nawet trochę sennie.

Po co mi jakieś mantry przy porannej medytacji, przecież wystarczy porządny silnik diesla firmy Honda i już jestem w transie. Przypomina mi to odkurzacz, który włączaliśmy z żoną, gdy chcieliśmy uśpić naszą córkę, kiedy była niemowlęciem. Te wszystkie jednostajne dźwięki działają na nas w taki kojący sposób, bo przypominają naszej głębokiej pamięci czasy prenatalne – w brzuchach mam nam tak jednostajnie buczało – cała tajemnica transu. Tam czuliśmy się bezpiecznie. Łakniemy tego poczucia, bo wciąż nam go podświadomie w życiu brak. Na bardzo wiele sposobów, zwykle głupich i nieskutecznych, staramy je sobie zapewnić. Z tej potrzeby niezaspokojonej stworzyliśmy cały nasz system społeczny, dążności, aspiracje, starania, ambicje, alianse, związki, rodziny, używki, lodówki, kasty, gówniane żarcie, pieniądze, cywilizacje, przepisy, religie, święte sakramenty, tytuły naukowe, broń, sądy, wyroki i wojny. Potrzeba bezpieczeństwa jest najsilniejszym imperatywem determinującym nasze postępowanie, tyle że jej zaspokojenia w większości poszukujemy na zewnątrz, w świecie, który nas otacza, w innych ludziach, a jedyną możliwością jest zbudowanie poczucia bezpieczeństwa w sobie. Czy da się to zrobić? Da się. Jak? A to już temat na zupełnie inne doświadczenia. Nie zapominajmy, że jestem na łodzi i sobie oddycham w oparach spalonej ropy.

Wodne pluszaki

A więc siedzimy i koimy się ale nie wypada być takimi ukojonymi, bo to przecież może być nuda, a nuda jest niedopuszczalna i niemile widziana. Zatem członkowie załogi podchodzą do uczestników wyprawy, zagadują, opowiadają, żartują, ożywiają rozmową ten nietakt. Ludzie więc angażują się w obrosłe kanonami społecznymi mielenie językami. No wreszcie jest jak trzeba – wszyscy gadają. Entuzjazm eksploduje po chwili, gdy zostajemy wręcz osaczeni przez stado około 20 delfinów – common dolphin, czyli zwyczajne, choć dla mnie niezwykłe – które zaczynają płynąć wzdłuż burt, skakać nad powierzchnię wody, ścigać się z nami, ewidentnie bawić się naszym towarzystwem.

wi2

Koniec żartów

Niedługo później zaczyna się. Ci, co nas tak zapamiętale zagadywali, przynoszą na pokład dwa wielkie wory. W jednym z nich są żółte kaski, a w drugim czarne maski. Każdy ma założyć swoje. Zaczynają się bardzo szczegółowe instrukcje co do tego jak mamy się zachowywać, co robić, a czego nam kategorycznie nie wolno. Tych instrukcji zabraniających jest zdecydowanie najwięcej. Przybijamy do wyspy, nad którą unoszą się kłęby dymu, jak nad fabrycznym kominem, który nie podlega ścisłym restrykcjom opisanym przez jaką dyrektywę Unii Europejskiej. Pontonem ze statku przedostajemy się na ląd. Oto stanąłem właśnie na gorącym gruncie wyspy – aktywnego wulkanu, który ostatnią erupcję zaliczył w zeszłym tygodniu. Tak, tak, nie kilka lat temu, ale w zeszłym tygodniu i wciąż jest bardzo niespokojny. Szumi, buczy, trzeszczy, piszczy, wyje. Chmury dymu i wżerające się w płuca opary siarki sprawiają, że wszyscy, którzy jeszcze nie założyli masek zaczynają panicznie kaszleć. Krajobraz… no właśnie, jak określić ten krajobraz? Ciężko to z czymś porównać. Unikalny, spektakularny, baśniowy, ale to z jakichś mrocznych baśni, filmów sience-fiction, Obcy z Sigourney Weaver, czy coś w tym rodzaju. Jesteśmy w środku krateru żywego, wzburzonego wulkanu. Drugi poziom zagrożenia. Przewodniczka rusza pierwsza, by ocenić czy da się iść dalej. Wraca, co oznacza, że możemy ruszać.

wi11 wi14

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podróż do wnętrza ziemi

Wewnętrzne ściany i dno krateru pokryte są pyłem, który poświadcza o ostatniej erupcji. Wszędzie w koło ziemia dosłownie pali się nam pod stopami. Dochodzimy do krawędzi, do miejsca, z którego wydobywa się ten dym widoczny na dziesiątki kilometrów. Jądro ziemi, fantastyczny spektakl, którego ni jak nie potrafię opisać. Kosmiczne przeżycie, nierealne wręcz, magiczne. Przewodnicy coś mówią, ale nikt ich nie słucha. Z tego transu nikt nie chce się dać wyrwać. Stoimy oczarowani, wpatrzeni w środek ziemi, jakby w samych siebie. Piekło? Niebo? W tej chwili – czy to ma jakieś znaczenie?

wi15 wi17

True You soon

Reklamy

Do piekła jest najbliżej z Nowej Zelandii

Byłem grzeczny, więc poleciałem do Piekła

„…Lecz „nic to” – śmierć, czy „nic to” – życie?
Potyczki, zwady i miłostki?
Do nieba leci Mały Rycerz,
Do nieba jest najbliżej – z Polski…” – śpiewał mój ukochany mistrz pióra, czarodziej słowa, tytan intelektu Jacek Kaczmarski.

 

To ja sobie dzisiaj pośpiewam z dużo mniejszym kunsztem, ale za to z bliską mi skłonnością do przekory, o tym jak z Nowej Zelandii jest blisko do piekła. Diabeł musiał upodobać sobie to miejsce, skoro tak blisko powierzchni umiejscowił swoje podziemne królestwo. A kto zwykł zapierać się, że tylko niebo takie super, a co od pana ciemności pochodzi to grzech, sromota, na które jeno krzyżyk i woda święcona, to proszę sobie popatrzeć.

rot6

 

 

 

rot5 rot8

Zatoka obfitości

Jest takie miejsce w Nowej Zelandii, gdzie szczególnie uwidaczniają się wszelkie zjawiska geotermalne. Zlokalizowane są one wszystkie w okolicy miasta Rotorua, w regionie o pięknej nazwie Bay of Plenty. I faktycznie mnóstwo tu tego wszystkiego. Bulgoczące błota, gorące rzeki, gotujące się jeziorka, syczące z wnętrza ziemi gazy, buchająca ze skał para, szumy i pomruki, tryskające w niebo gejzery i pewien stawik, który miał dla mnie ogromne znaczenie.

rot2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zamiast się dowiadywać, doświadczaj

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze wieże WTC piętrzyły się dumnie nad nowojorskim Manhattanem, umyśliłem sobie, że chcę pracować w Magazynie Turystycznym „Podróże”. Od dostępnego mojej pamięci „zawsze” zupełnie porąbany byłem na punkcie piękna świata, jego różnorodności, bogactwa kultur, języków, zwyczajów ludzi, zjawisk przyrody. Chciałem odkrywać, poznawać, docierać, zdobywać, dotykać, stawać się częścią, doświadczać wymiany, poczuć, posmakować, wtapiać się, a jednocześnie być w drodze. A właśnie. Wyobraźcie sobie, że wypożyczyłem parę dni temu samochód. Stoję sobie i patrzę na niego dzień po tym jak pisałem o chodzeniu i tych całych oświeconych mądrościach, a tu nagle mój wzrok przykuwa napis nad tablicą rejestracyjną : – ) No sami zobaczcie:

rot12

 

A wracając do Magazynu Turystycznego „Podróże”. No wymarzyłem sobie, wierzyć nie śmiałem…, a własnie, że śmiałem i śmiało napisałem do Pani ówczesnej red. nacz. Danuty Zdanowicz. I choć nie do redakcji, to do działu reklamy mnie przyjęli, bo wykształcenie miałem marketingowe. A co to ma wspólnego z Nową Zelandią? A ma, bo pierwszy numer „Podróży” do którego załatwiałem reklamy, i załatwiłem : – ) to był numer z tematem przewodnim… napięcie rośnie… No… Nowa Zelandia, a na okładce zdjęcie… pewnego stawiku, który miał dla mnie ogromne znaczenie. Jesteśmy już coraz bliżej rozwiązania tej wielowątkowej, zagmatwanej historii.

A co tam kieliszek, a co tam wiadro – cały staw

Stawik nazywa się Champagne Pool i faktycznie woda w nim buzuje, jak szampan. Wtedy, gdy ten numer się ukazał, to było dla mnie wielkie święto, bo to pierwszy numer „Podróży” za mojej kadencji, rozumiecie, ja w „Podróżach”, moje marzenie, w numerze moje reklamy, no i ta Nowa Zelandia, i ten cały basen szampana na tę okoliczność mojego święta. Czytałem każdą literkę tego numeru po kilka razy. Wymarzyłem wtedy sobie, że tam kiedyś pojadę, do tej Nowej Zelandii, w związku z którą rozpoczął się wtedy nowy okres w moim życiu. Dzięki temu, że mnie wtedy przyjęto do „Podróży” zacząłem pracować w mediach. Po „Podróżach” były kolejne wydawnictwa. A w jednym z nich poznałem moją cudowną, kochaną żonę. Moje życie wtedy, gdy pozwoliłem sobie na „wysiłek” pójścia za głosem moich marzeń diametralnie uległo zmianie. Przestawiłem zwrotnicę. I powiem wam, że to nie tylko wtedy. Przyjrzałem się mojemu życiu, jestem w kontakcie z moimi klientami w coachingu. Zawsze wtedy, gdy pozwalamy sobie na taki zdecydowany krok w zgodzie z sobą, to zwrotnica się przestawia i ma to ogromny, korzystny wpływ na nasze życie. Echhh… Aż mnie zatyka wzruszenie… A może to odór tych wszystkich tutejszych wyziewów? Cała okolica śmierdzi zepsutymi jajami. Ech panie diabeł, może by tak kąpiel… Ja wziąłem takową w gorącej rzece uprzednio namydliwszy się dokładnie zawilgoconą białą skałą zdrapaną ze ścian jaru w którym rzeka płynie – oczywiście za namową miejscowych Maorysów, za namową których do tego wrzątku wszedłem. Mówią, że za takie kuracje ludzie w kąpieliskach Polynesian Spa w Rotorua ciężko płacą, a tu przyroda za darmo rozdaje, jak tym fokom ryby w ławicach, o których wcześniej pisałem.

rot9

Pozwoliłem sobie na pójście za głosem moich marzeń i przyjechałem do Nowej Zelandii. I stoję w Wai O Tapu, około 30 km na południe od Rotorua, a przede mną on, największy na świecie kieliszek szampana, i to na gorąco : – ) Cheers – za zdrowie tych, którzy pozwalają sobie na to, by przestawiać zwrotnice.

rot4 rot7

 

Niebo, czy piekło dumam wieczorem? Do nieba w sumie i tak po śmierci pójdę, bo jestem dobrym człowiekiem, więc może by tak bliżej piekła za życia? Diabeł słysząc to podekscytowany w ekstazie aż… hmm… no sami zobaczcie, jak potrafi podniecić się diabeł:

rot11

True You soon

Na dworze Franciszka Józefa cicho, mroczno i chłodem wieje

FJ and me

 

(Nie)unikniona zagłada

Szczęście mi sprzyja, bo właśnie dotarłem do Franz Josef i jeszcze nie pada. Bez zbytniego ociągania się biegnę 9 km do lodowca spływającego z wysoka, bo aż od Mt. Cook, najwyższego szczytu NZ. Co prawda ostatnimi laty język lodowca się cofa, ale i tak wciąż robi wrażenie. Biegnę, bo niebo coraz groźniej wygląda, a prognozy są bezwzględne i nie pozostawiają złudzeń. Jestem już tuż pod nim. Monumentalny, mroczny, zjawiskowy. Wygląda to tak, jakby Biblijny Potop miał za chwilę połknąć nie tylko mnie, ale cały świat. Jak już pisałem język się cofa, więc jest nadzieja : – ) choć tuż po moim powrocie (wróciłem autem z miłą parą hindusów z Mumbai’u) lunął totalny deszcz. Jak nie z gór, to z góry. No chyba jednak ten potop jest nieunikniony : – ) Póki co wyrok odroczony. Franz zamienił się w słup soli… to znaczy w język lodu. Sodoma i Gomora : – ) Chociaż parę dni temu widziałem na aucie jakichś hipisów taki napis: If you don’t sin it means that Jesus died for nothing : – ).

FJ Glacier 1 FJ 2

 

(Nie)my podziw

I jeszcze kilka zdjęć z drogi, bo po co tu słowa.

tasman sea 4 tasman sea 1 tasman sea 2 tasman sea 3

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Di)abel Tasman

Nie będę pisał więcej, bo potrzebuję się przygotować. Jutro ruszam na szlak – Abel Tasman Geat Walk, jeden z 8 Wielkich Szlaków Nowej Zelandii. Zasięgu tam nie ma, więc odezwę się dopiero za 4 dni. Przez ten czas tylko ja, plecak, namiot i oszałamiająca przyroda północno-zachodnich rubieży Wyspy Południowej.

Pozdrawiam z Nelson

True You soon

W mieście królowej byłem królem życia, a nawet bezdomnym biedakiem

mil 12

Ciśnienie wysoko ponad normę to tutaj norma

Ci co lubią zaszaleć jadą do Queenstown bo to mekka dla szalonych, chcących pobyć szalonymi lub ich poudawać. Stąd, jak mawiają miejscowi, jak pisują w folderach reklamowych, powtarzają po folderach w przewodnikach, wywodzi się idea skakania w przepaść z przywiązaną do nóg liną. Nie wierzcie, bo są sobie tu na Południowym Pacyfiku takie piękne wyspy, które nazywają się Vanuatu i to tam miejscowi od setek lat w ramach rytuałów inicjacyjnych skaczą ze specjalnie zbudowanych do tego celu konstrukcji z lianą uwiązaną do nogi. No ale niech im będzie, że stąd. Nie ważne skąd, ale ważne, że można i to naprawdę w spektakularnych okolicznościach przyrody. Ale to nie wszystko, bo i z samolotu z przeszkoloną osobą towarzyszącą da się tu wyskoczyć, i polatać balonem, na paralotni, w helikopterze i super szybką motorówką wąskim kanionem popływać. Queenstown to niekwestionowana stolica adrenalinowych atrakcji, a przynajmniej tak piszą w folderach i przewodnikach, bo już od lat tym podobne rozrywki serwowane są np. w popularnym Nelson. No nie ważne, ważne, że i ja tu byłem i korzystając z uprzejmości organizatorów tych przyjemności trochę adrenaliny wyprodukowałem. Najbardziej wiarygodną i dysponującą najlepiej rozbudowaną ofertą firmą jest tu chyba @realjourneys i z nich korzystając doświadczałem większości atrakcji. Bardzo dobrze zorganizowani z nowoczesną infrastrukturą, kulturą i wiedzą zatrudnionych tu ludzi. Jest też taka firma, co się specjalizuje w adrenalinowych przeżyciach, nazywa się po maorysku Ngai Tahu,  i specjalizuje się między innymi w pływaniu wspomnianą już super szybką łodzią Jetboat po kanionie rzeki Shotover. Tak przy okazji to nawet sama Jej Wysokość Królowa Elżbieta tu była, przy okazji serdeczne życzenia zdrowia dla zacnej jubilatki : – ), co prawda nie pływała, ale już następcy tronu Kate Middleton i książę William jak najbardziej tak.

shotover jet 1 sm

 

Gorące życie mroźnych nocy

I tacy nabuzowani naturalnymi dopalaczami turyści nie mogą spać, więc balują do rana w lokalnych przybytkach nocnego życia. Wyludnione w dzień miasto ożywa wieczorem. Zapełniają się niezliczone knajpki, muzyka na żywo płynie z głośników i miesza się ze sobą w swoistej kakofonii, która jest jednak jakaś taka przyjemna, uzasadniona, na miejscu.

Królowa gór

A miejsce urzeka. Pięknie położne jest to Queenstown, na brzegu jednego z niezliczonych w tym regionie górskich jezior. Za plecami miasta wznoszą się sięgające nieba szczyty. Miasto ciągnie się urokliwie wzdłuż jeziora, jest maleńkie, kameralne, na niższych wzgórzach rozsiane domki świecą wieczorem dopełniając jego piękna. Queenstown to również baza wypadowa do okolicznych atrakcji. Stąd miłośnicy wędrówek ruszają na szlaki. Najważniejsze z nich, kilkudniowe, zaliczające się do grona tzw. Great Walks of NZ to Kepler, Routeburn i uważany za jeden z najpiękniejszych szlaków świata Milford.

mil 14

Naj naj naj

Turyści uwielbiają różne  „naje”. Wystarczy, że coś jest naj, albo zostało tak chociaż nazwane, a już turystyka rozwija się tam świetnie, ludzie pędzą, płacą, robią zdjęcia i są dumni, że byli w jakimś naju, stali koło naja, dotykali naja, no w ogóle naje rządzą. Do Milford nie trzeba wcale iść szlakiem 4 dni. można też tam pojechać autobusem z Queenstown. Na piechotę szkoda czasu, bo to jedyne 300 km. Co to jest Milford Sound? Miejscowi, ich foldery i przepisujące foldery przewodniki nazywają go którymś tam cudem natury na świecie. Nie jest wcale soundem, bo soundy powstają wskutek wrzynania się w ląd wody morskiej gotowymi trasami wytworzonymi przez uchodzące do morza rzeki. Jest fiordem, czyli takim głębokim śladem po przejściu lodowca, który wypełnił się morską wodą. To czemu się mówi, że sound? Bo ktoś tak kiedyś powiedział i tak już zostało, bo się przyjęło. Samo życie : – ) Ileż my takich gotowców w życiu mamy i powtarzamy, bezrefleksyjnie, no bo skoro tak jest, to znaczy że prawda i już.

mil 5

A wracając do Milford Sound, to ów fiord : – ) otoczony jest jak na fiord przystało monumentalnymi górami, po których co krok spada jakiś wodospad. Można tam wsiąść na statek i popłynąć, pozachwycać się, porobić zdjęcia. Ze względu na to. że skały pionowo wbijają się w wodę i pod powierzchnią również pionowo suną jeszcze ze trzysta metrów, statki mogą dziobem wręcz dotknąć pionowej ściany, a gdy to robią pod wodospadem turyści mają wielką i mokrą uciechę.

mil 13Od bogactwa do biedy nie jest daleko, w Queenstown jakieś 200 metrów

Pisałem dużo, załatwiałem kolejne atrakcje, może i dla was jakiś tekst zaległy na bloga, no sporo godzin z komputerem w hotelu, w którym właśnie mieszkałem. Doba skończyła się już sporo temu, ale zajęty, pochłonięty, zapamiętały pisałem do upadłego i myślałem, że jak skończę, to sprawy załatwię, kolejną noc zaklepię, bo w sumie w drogę już tego dnia miałem ruszać, ale coś wypadło, potwierdzili że mnie na jakąś kolejną atrakcję zapraszają, więc zostałem. No wstaję wreszcie, idę do recepcji i mówię, żeby się cieszyli, bo jeszcze jedną noc u nich spędzę. Na to miły pan mnie informuje, że mu przykro, że nie mieli pojęcia i że się cali wyprzedali i nie ma miejsca. Niezrażony myślę sobie, że to nawet dobrze, bo inny hotel poznam i będę miał szersze rozeznanie. Idę do kolejnego i tam mówią to samo, następny także, i inny, i już obszedłem, a potem to już obdzwoniłem wszystkie tanie, średnio tanie, lekko drogie, drogawe, mocno przesadzone, wypasione, cenowo porąbane, i wszędzie ta sama odpowiedź. Jest późny wieczór, już nigdzie się stąd nie dostanę. Ale jak to tak? No co jest? Noc zapadła, a ja błąkam się po trzech na krzyż ulicach i mocno myślę, co zrobić, bo nocy tu się na ławce nie przesiedzi. Za zimno, wieczorem temperatura o tej porze roku, a mamy piękną złotą jesień właśnie, tak tak piękną złotą jesień, ze złotych liści utkaną, i z czerwonych, pomarańczowych, rudych, purpurowych. Wielokrotnie słyszałem jak starsi mawiali, że niema na świecie takiego drugiego kraju, gdzie by ów cud natury podziwiać się dało. Złota jesień to Złota Polska Jesień, bo tylko w naszym kraju takie liście się robią. No nie tylko.

tss 10

 

 

 

 

 

 

 

 

Jesień zatem w NZ a w górskim Queenstown zimno jest nocami. Krążę, myślę i trochę tak śmiesznie, bo dopiero co super atrakcjami dnie powypełniane, a tu nagle, w jednej chwili błąkam się jak bezdomny, bo tak naprawdę teraz bezdomny jestem i nie mam gdzie głowy położyć i czym się przykryć i dachu nikt swojego udzielić mi nie chce. Wchodzę do sklepów, pytam na ulicy, proszę w hotelach o chociaż jakiś kawałek podłogi. Nie ma zgody, nie ma pozwolenia, przepisy zabraniają. Wreszcie do azjatyckiej knajpki wchodzę. Mówię, że taka jest sprawa. Chłopak z dziewczyną myślą i mówią, że jest tak szansa, że w takim jednym hotelu po ósmej wieczorem już nikogo z obsługi nie ma , goście sami sobie radzą. Że mogę tam iść i na piętrze w kuchni jakoś się umościć. Idę więc zacny pan jeszcze chwilę temu, jak złodziej się skradam do nie swojego hotelu, przez nikogo nie zapraszany, wchodzę, ukradkiem w pokoju z telewizorem pośród gości siadam, pozdrawiam, wymieniam z niektórymi niezobowiązujące zdania i jak jeden z nich swobodnie coraz bardziej się gnieżdżę na sofie. Jakiś film leci, potem kolejny, w tej kuchni co miała być pusta ciągle ktoś się kręci. Wreszcie powoli się wykruszają, rozchodzą do swoich pokoi. Niestety kilku zabawowych koleżków siedzi wciąż, coś tam sobie popalają i spać im się nie chce. Siedzimy, gadamy, bo im się bardzo chce gadać i nie śpię. Wreszcie i oni już miękną, Rocky 2 się skończył, poszli spać. Wygodnie na sofie przed telewizorem w pokoju wypoczynkowym jakiegoś hostelu pospałem w cieple do rana. Rankiem wymknąłem się szczęśliwy cały, że noc w cieple przetrwałem.

Potem poszedłem do tych chińskich dzieciaków podziękować serdecznie, że z kwitkiem nie odesłali, że podrzucili pomysł, o którym w przewodnikach i reklamowych folderach nie piszą. Może i dobrze, bo by mi ktoś inny zajął moją sofę.

mil 21

Dużo radości i wdzięczności naodczuwałem się właśnie tej nocy, że Chińczycy pomogli, że sofa, że fajny wieczór przed telewizorem z ciekawymi ludźmi, że po angielsku, że sofa a nie podłoga w kuchni, że z poduszek z sofy można złożyć kilkuczęściową kołderkę, że mi ciepło, że miałem ufność, że jakość to będzie i jakoś to było, fajnie zupełnie, nieprzewidywanie, zaskakująco, do końca nie wiadomo, a jednak. W mieście królowej spałem tej nocy najlepiej, czułem się po królewsku, doceniałem każdą chwilę i prawdziwie na niej skoncentrowany czułem w sobie ogromną wdzięczność – to ona zaprosiła mnie do komnat, to ona pościeliła wyjątkowo dla mnie królewskie łoże z baldachimem. Tak sobie idę rano po tej nocy chodnikiem wzdłuż sklepowych wystaw i wzrok mój przykuwa sentencja – autor Conrad Anker – poniżej:

True You soon

conrad wiedział co mówił

Kościół Chrystusowy zatrząsł się w posadach, rozsypał się i wyludnił

christchurch ghost city 1

Przerażająca pustka

Pusto na ulicach, nikogo na chodnikach, wokół straszą mroczne oczodoły okien porzuconych domów. Plączemy się po centrum miasta z Francuzem Haroldem, którego poznałem w drodze. Żywego ducha. Jest wieczór, szukamy jakiejś knajpki, czegokolwiek, gdzie można coś zjeść. Nie ma. Wokół przygnębiający widok. Jakieś budynki, które kiedyś były kamienicami dbającymi o urok najbardziej Angielskiego z miast Nowej Zelandii, zachowały jedynie partery, nad którymi piętrzą się nieregularne kikuty drutów zbrojeniowych, cegieł, betonu i drewna. Wokół rozległe, puste przestrzenie. Żartujemy z kwaśnymi minami, że przynajmniej z miejscami parkingowymi nie mają tutaj kłopotu. Niegdyś dumna katedra na głównym placu strzelająca ku niebu dwiema wieżami, dziś wygląda jak podarta na strzępy chałupina z dwiema głębokimi ranami po zawalonych wieżach. Brzydko tu i przygnębiająco. Na dodatek siąpi deszcz i robi się dosyć chłodno. Brzydotę miasta pogłębiają niezliczone budowy, dźwigi, rusztowania, metalowe konstrukcje budowanych naprędce biurowców. Rozmawiałem z miejscowymi o tym co tu się dzieje po tym co się stało. Ludzie mówią, że nie ma zbyt wielu chętnych na mieszkanie tutaj, choć władze lokalne kuszą jak mogą. Mnóstwo ludzi wyprowadziło się. Wiele firm przeniosło swoje siedziby głównie do Auckland. Teraz to miasto firm budowlanych. Więcej tu panów w pomarańczowych kamizelkach i żółtych kaskach i różnych śniadych odcieniach skóry, niż mieszkańców.

christ 4

 

Ziemia pokazała niebu, kto tu rządzi

22 lutego 2011 roku w godzinach lunchu ziemia zatrzęsła się pod Christchurch. Nie potrzebowała wcale dużo czasu, by zrównać niegdyś piękne, drugie co do wielkości miasto Nowej Zelandii ze swoim poziomem. Zginęło prawie 200 osób, większość z nich to pracownicy budynku Canterbury Television CTV, który zawalił się i stanął w płomieniach. Nie było to pierwsze trzęsienie ziemi w tym mieście. Raptem rok wcześniej nawiedziło ono miasto, które jeszcze nie zdołało się po nim podnieść. To było zbyt wiele dla jego mieszkańców. Wielu z tych, którzy przeżyli nie chciało czekać na kolejną tragedię.

christ 3

 

Ogrody wiecznie żywe

Na tyłach Canterbury Museum, znajduje się ciągnący się aż ku brzegom rzeki Avon, obejmujący 30 hektarów, piękny Ogród Botaniczny. Naprawdę oaza i to nienaruszona trzęsieniem ziemi oaza, raj w środku piekła. Ponad 10 000 gatunków roślin, pięknych, starych drzew, których korzenie pozwoliły im przetrwać. Ogród jest wypielęgnowany, kwitną w nim niezliczone kwiaty, no naprawdę chce się tam być, a wręcz nie wychodzić, przeczekać i najlepiej jakimś balonem, albo helikopterem odlecieć z Christchurch i raczej tu nie wracać.

christ 6

True You soon

Kaikoura – raj dla podglądaczy, czyli 20 metrowy olbrzym z wielką głową pełną spermy

kaiko i plecak

Mokre sny

Winien wam pewnie jestem pewne wyjaśnienia. Faktycznie pojechałem tam, nie ukrywam, że bardzo chciałem je zobaczyć. Naprawdę są wielkie i nie wstydzę się tego powiedzieć, bardzo podniecił mnie ich widok. Marzyłem o tym, śniłem o nich i były to mokre sny. A miejsce, w którym można je podglądać – spektakularne, oszałamiające, bajkowe.

Po naszemu nazywają się kaszaloty. To największe wieloryby z zębami. Oj tak, z zębami, które u największych osobników, u dojrzałych samców dorastają do 40 cm. Po angielsku nazywają się Sperm Whale, a to dlatego, że w ich wielkich głowach, które stanowią nawet 1/3 rozmiaru całego ciała znajduje się substancja, płynny wosk, który nazywa się spermaceti. Wielorybnicy prawie je wytrzebili ze względu na tę spermę właśnie, bo ludzie używali jej do wyrobu świec, palili nią w lampach olejowych i przygotowywali z niej różnie lubrykanty, tak tak, może nawet takie lubrykanty : – ). No a że zapotrzebowanie było duże, to kaszalotów było coraz mniej.

kaiko sun rise

Wielka dziura

Co robią te piękne stworzenia w tym miejscu? I dlaczego żyją sobie tak blisko brzegu, bo zaledwie około 1,5 do 3 km od plaży? Otóż tu, na wschodnim wybrzeżu Wyspy Południowej Nowej Zelandii jest uskok płyty tektonicznej, co sprawia, że w tym miejscu jest już ponad 1,3 km głębokości. Ciepła woda miesza się tu z zimną, a dzięki temu jest tu zatrzęsienie kalmarów, kałamarnic, ośmiornic, jakimi żywią się te olbrzymy. Nie pogardzą również płaszczką, czy różnymi rybami żyjącymi w ogromnych ławicach. Zjadają również kałamarnice olbrzymie, które występują w tych wodach. Dowody na walki, jakie z nimi toczą widoczne są na ich ciałach w postaci rozległych ran, jakie często można obserwować. Taki wieloryb potrafi zanurkować na głębokość przekraczającą 2,2 km, a pod wodą wytrzymuje nawet do godziny. Ale potem musi się wynurzyć, taki to już los ssaka. I dzięki temu właśnie mogłem je sobie popodglądać.

ja boat kaikoura

Wielka trójka

Widziałem trzy wieloryby. Dwa kaszaloty i jednego humbaka, czyli po angielsku humpbacka. Nazwa wzięła się od garba na grzbiecie, który można podziwiać, gdy ten sobie leży na powierzchni i strzela w powietrze gejzerami.

kaiko rano

Kaikoura

Malowniczo położona, maleńka, klimatyczna mieścinka wciśnięta pomiędzy Pacyfik, a monumentalne pasmo górskie, którego szczyty sięgają wysokości 2 600 m n.p.m. To jedno z kilku zaledwie miejsc na świecie, gdzie tak wysokie góry znajdują się tak blisko linii brzegowej.

whale watch

Cisza przed burzą

Wieloryby można oglądać z  pokładu nowoczesnych łodzi obsługiwanych przez firmę Whale Watch. Kapitanowie są specjalnie przeszkoleni i wyposażeni w sprzęt do echolokacji morskich olbrzymów. Znakomicie znający te wody i zwyczaje wielorybów pracownicy tej firmy gwarantują spragnionym podglądaczom, że wieloryba zobaczą. Jeśli nie uda się, to 80% ceny biletu jest zwracane po powrocie na ląd. My mieliśmy szczęście i piękną pogodę. Trzy wieloryby, to wynik ponadprzeciętny. Początkowo nie udawało się. Krążyliśmy, nasłuchiwaliśmy i nic. Przewodnik, który na pokładzie opowiada dużo o wielorybach, ich zwyczajach, budowie, zachowaniach (a wie o czym mówi, bo pracuje tu jako naukowiec prowadzący badania nad wielorybami i dorabia sobie w Whale Watch), w pewnym momencie już mało przekonującym głosem zaczął mówić o powodach tej ciszy i zachęcał do fotografowania albatrosów olbrzymich, ptaków o największym zasięgu skrzydeł, które sobie pływały na wodzie i zdawały się drwić ze zgrai zapaleńców wiszących na balustradach z nieustannie włączonymi aparatami. Kilka fałszywych alarmów, kilka niespełnionych nadziei, aż nagle jest, wynurzył się jakieś 500 metrów od nas. Super szybka łódź pomknęła ku błyszczącej się w porannym słońcu fontannie. Jesteśmy, pstrykami, kręcimy filmy, zachwyt, uniesienie, okrzyki entuzjazmu. Ogromne, 20 metrowe, dłuższe od naszej łodzi cielsko leży na powierzchni wody tuż obok nas. Japończyk mówi, że po wyjściu z wielkiej głębokości wieloryb tak jakby sobie trochę zasypia i spokojnie oddycha, dotlenia się. Trawa to kilka minut. W pewnej chwili nasz przewodnik uczula byśmy przygotowali aparaty… i nagle cielsko daje nura, a nad wodę, jak maszt unosi się ogromny ogon, szerszy niż ja wysoki i majestatycznie, jak rufa Titanica, zapada się pod wodę.

whale 1

Potem był drugi i trzeci, a zachwyt za każdym razem równie świeży i przejmujący. Gdy ogon startował pionowo w górę, tu znowu możecie sobie poskojarzać : – ), ludzie w spontanicznym zachwycie bili brawo, oczywiście ci, którzy nie byli zajęci utrwalaniem tego na cyfrowych dyskach, większość była.

dolphins 1

Delfinem na setkę

Na koniec popłynęliśmy bliżej brzegu, gdzie szaleństwo opanowało uczestników zupełne, bo nagle znaleźliśmy się w miejscu, w którym zostaliśmy otoczeni przez niezliczone stada delfinów – gatunek po angielsku zwany Dusky Dolphin, co po naszemu znaczy ciemny, albo nawet śniady. Były ciemne, a brzuszki miały białe. Wiem to stąd, że nie tylko całymi zgrajami płynęły po obu stronach łodzi, nie tylko za nami i przed nami, ale też jak piłki skakały co chwilę nad wodę, kręciły piruety, salta, potrójne tuluby, podwójne aksle i inne figury. Było ich ze sto, albo więcej, zatrzęsienie, chmara.

kaiko fur-seal

Damy w futrach

Na skałach wzdłuż brzegu armia wylegujących się fok, gatunek z angielska zwany fur seal, bo faktycznie te foki miały futra, z których kiedyś ludzie robili sobie futra. Więc domyślacie się, że jeszcze zupełnie niedawno były na wymarciu, bo ludzi dużo, a kto by nie chciał mieć modnego, foczego futerka. Ostatnie lata to czas odbudowywania kolonii i wzrost liczebności. I to naprawdę spektakularny wzrost. Gdzie nie spojrzysz to foki, wszędzie foki, leżą i burczą. A jak podejdziesz za blisko, to biada ci, bo są naprawdę bardzo agresywne i mogą dotkliwie pokąsać. Więc z daleka proszę.

whale 4

Dobrym nasieniem się dzielę

Miejsce idealne, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. Kaikoura – będę tu wracał i zabierał tu tych wszystkich, którzy mają w sobie żyłkę podglądacza, którzy nie wstydzą się z pasją przyglądać zniewalającej naturze, którzy na własnym ciele chcą poczuć bryzę  wytrysku z głowy Sperm Whale’a : – )

A jakby taka bryza trafiła w jakieś niepowołane miejsce? Ciekawe jakie z tego by mogły być dzieci? Pewnie podobne do tych co się opychają w fast foodach.

True You soon

ICF, Auckland, Waikanae, Wellington, New Zealand

Ostatnio się nie odzywałem. Sporo się w tym czasie działo, dużo przygotowań, przejazdów, pracy nad artykułami o Wyspach Cooka. Przede wszystkim jednak dni wypełniały mi spotkania z przedstawicielami świata coachingowego Nowej Zelandii. I to o nich słów dzisiaj kilka.

Alyson

alyson 3 s

 

Dwa dni temu kilka godzin spędziłem w towarzystwie uroczej osoby Alyson Keller, która przewodniczy północnemu oddziałowi ICF. Polubiliśmy się z Alyson, a dodatkowo okazało się, że nie tylko dzielimy wspólnie pasję dla tematyki wspierania naszych klientów w procesach odkrywania własnej autentyczności i budowania marki osobistej, ale też do pracy z liderami nad rozwijaniem cech świadomego przywództwa. Rozmowom nie było końca. Już zresztą jesteśmy umówieni na kolejne spotkanie po moim powrocie do Auckland. No zaklikało ewidentnie : – )

 

Gai

gai 2 s

Wczoraj spotkałem się z taką ichnią guru coachingu, nazwałem ją Matką Coachką. Z kim bym nie rozmawiał, to każdy tu wielką estymą ją darzy i z szacunkiem się o niej wypowiada. Alyson mówi o niej Earthy Lady i bardzo pasuje do niej to określenie. Mieszka nad morzem w takiej małej, uroczej mieścince Waikanae. Jest w niej tyle ciepła, dobroci, otwartości, pogodzenia, autentyzmu, że z pół świata by można obdzielić i na dobre by mu to wyszło. A i zresztą dzieli się sobą ze światem, bo pracuje z ludźmi z wielu krajów. Do jej klientów należą naprawdę znani i znaczni, a ona, taka skromna i niepozorna. No miał być lunch, a zrobiło się z tego wiele bardzo ważnych dla mnie godzin : – ) Takich ludzi na swojej drodze spotykać, to prawdziwy przywilej. Znaczy że uprzywilejowany jestem chyba : – )

 

ICF w Nowej Zelandii podzielony jest na trzy oddziały: Północny z siedzibą w Auckland, Centralny z siedzibą w Wellington – stolicy NZ i Południowy z siedzibą w Christchurch, choć ten aktualnie nie działa ze względu na tragedię trzęsienia ziemi, które praktycznie zniszczyło to piękne miasto kilka lat temu. Do tej pory miasto zmaga się z jego konsekwencjami.

 

Brett

wellington meeting s

Przyjechałem więc do Wellington, by spotkać się z Prezydentem (tak tu się tytułują : – )) oddziału centralnego. Brett Walker, fantastyczny facet, taki gość typu konkret, w którym jest jednocześnie mnóstwo takiej dobrej, pozytywnej energii, zero nadętej bubkowatości : – ). Ma sporą wiedzę na temat nie tylko rynku pomocowego w Nowej Zelandii ale też szerszej, biznesowej (pracuje na wysokim stanowisku w Hewlett Packard), którą się dzielił ze mną dając mi szerszy kontekst tego jak się tu sprawy mają. Nie mogło mi się lepiej trafić, bo każda z tych osób reprezentuje inny aspekt świata, który mi jest tak bliski. Brett zresztą pojawił się na spotkaniu w towarzystwie swojej koleżanki, sekretarz oddziału centralnego, która pracuje z ludźmi w kontekstach osobistych, bardziej jako life coach. Dowiedziałem się więc też od niej sporo o tym jak Kiwi (mieszkańcy Nowej Zelandii) podchodzą do life coachingu i w ogóle do kwestii związanych z radzeniem sobie z problemami, wyzwaniami, trudnościami natury psychologicznej. Zjedliśmy lunch razem , a potem poszliśmy na spacer po mieście.

 

Wellington

Nie ukrywam, że bardzo polubiłem to miasto. Ma swój klimat. Jest małe, wciśnięte pomiędzy zatokę, a pasmo wzgórz. Bardzo piękne krajobrazowo, z promenadą, po której mnóstwo ludzi biega o każdej porze dnia. Wielu mieszkańców podobno wykorzystuje do biegania przerwę lunchową : – ) Dla mnie biegacza to bardzo kuszące okoliczności przyrody. Jest tu taka dzielnica, (a tam od razu dzielnica), parę ulic w takim bohemowym klimacie, mnóstwo knajpek, starych, wiktoriańskich kamieniczek, domków, jak na dzikim zachodzie, niska zabudowa, sto kolorów elewacji, uliczni grajkowie, mnóstwo ludzi, deptaki. Nie znajduję odpowiedników w Europie – wieczorami jest tu naprawdę uroczo. Kilka zdjęć Wellington poniżej. Kto zna angielski, niech sobie przeczyta napis na tablicy – taki polski akcent.

Póki co, to by było na tyle : – )

 

True You soon

wellington 6 wellington 5 wellington 2

parliament wellington