Tańczący z Ludźmi – Historia Spójności Osobistej str. 3

kolejna strona książeczki O mnie, choć głównie o programie TY w metaforze ; – )

5a mały

„Jak się zabić, by zmartwychwstać…” – wyznanie

ja umęczony mały

Moi drodzy

Ostatnie dwa miesiące mojego życia przyniosły ze sobą tak silne doświadczenia, tak ogromnie dużo emocji, że nie mogę ich pozostawić tylko dla siebie. Czuję się wreszcie gotowy, by podzielić się sobą z Wami. W końcu moja książka jest o autentyczności, a ja nie tylko ją pisałem, ale też żyłem nią przez ostatnie dwa lata. Żyłem nią tak bardzo, że zaniedbałem inne, ważne, bardzo ważne aspekty życia. Niedługo po tym, jak ją ukończyłem, życie zwróciło się do mnie w drastyczny sposób po odbiór długu, jaki zaciągnąłem w tym czasie.

Cios był na tyle celny i niespodziewany, że ugiąłem się pod nim, przyklęknąłem, aż wreszcie padłem jak długi, by w kurzu i błocie skulić się w sobie, a potem wić się jak robak wbity na haczyk, cierpieć. Nie wyobrażałem sobie nawet, że mam dostęp do tak intensywnie negatywnych reakcji. Teraz już wiem, że mam, zresztą z dzieciństwa wciąż mi się coś tam majaczy.

Spędziłem ostatnio sporo czasu w samotności próbując stać się obserwatorem samego siebie i okoliczności w jakich się znalazłem. Patrzyłem i z coraz bardziej rosnącym zadziwieniem zaczynałem dostrzegać analogie pomiędzy tym, co przeżywam, a książką. Wiele osób emocjonalnie reagowało na jej tytuł. Co mi przyszło do głowy, by był taki właśnie? Coś mnie bardzo wołało, miałem kilka opcji, ale jednak zawziąłem się i wybrałem ten właśnie. „Jak się zabić, by zmartwychwstać…”. Leżąc w tym metaforycznym kurzu i błocie zrozumiałem, że właśnie doświadczam swojej agonii. Stałem się jego emanacją. Umierałem wewnętrznie w mękach, zapadałem się w otchłań tak czarną, że czułem, jakbym tracił zmysły. Zdając sobie powoli sprawę, z tego co się ze mną dzieje, nie starałem się wyciągać sztucznie z tego stanu. Żadnych szybkich, skutecznych, coachingowych technik. Postanowiłem pozwolić sobie na to doświadczenie. Przeżyć je w pełni. Czułem żal, czułem się winny, sfrustrowany, bezsilny, załamany, bezwartościowy, skrzywdzony, słaby. Czułem jednocześnie, że jeśli sobie pozwolę tego doświadczyć, to mam szansę na to, by wyjść z tego mocniejszym, bardziej prawdziwym, autentycznym, niż byłem do tej pory. Koszmarnie trudna decyzja.

Energia, jaka powoli zaczyna mnie wypełniać jest dobra i mocna. Wiem, że jej potrzebowałem, by ruszyć ku realizacji tych wyzwań, jakie przed sobą stawiałem. Czy bez doświadczenia tych dwóch miesięcy byłbym gotów na czekający mnie nowy etap mojej życiowej podróży? Mam teraz coraz większe przekonanie, że nie. Dar? Nie czułem się zbytnio obdarowany, raczej przeklęty, dotknięty klęską, pokonany, rozbity, zdruzgotany. Jedne maski spadły ze mnie, gdy padałem, inne, gdy tarzałem się w błocie.

Umorusany, poraniony, obdarty, wstaję, by umyć się w wartkim nurcie rzeki życia, do której pozwoliłem sobie wejść wreszcie. Zdejmuję powoli strzępki ubrań. Staję nagi przed ludźmi, wciąż pełen słabości, wątpliwości, lęku i wstydu. Patrzę w lustro wody i widzę siebie. Nie myślę oceniać tego co widzę. Patrzę, oddycham głęboko. Niech „się dzieje” – myślę. Czy jestem gotów? Nie wiem, ale zaczynam czuć w sobie dogłębne przyzwolenie. Nie powstrzymam nurtu, nie chcę go powstrzymywać. Tyle energii na próżno. Kładę się na powierzchni wody.

Odpoczywam. Prąd niesie mnie z dużą siłą. Nie myślę o celu tej drogi. Myślę o tym, co wziąć mogę dla siebie z tych dwóch miesięcy piekła, po których stanąłem wreszcie na brzegu gaszącej ten śmiertelny płomień rzeki. Patrzę w swoje odbicie. – Siebie?… Takiego nagiego, zwyczajnego siebie?… I tyle?… A trzeba mi czegoś więcej?…

Truly You soon

Mam papiery na spełnianie pasji :- )

żagle 2

Podekscytowany i zmęczony dzielę się moi drodzy z wami swoim szczęściem. Dzisiaj zakończyłem miesięczny kurs i zdałem egzaminy na żeglarza jachtowego i sternika motorowodnego:-) Nie było lekko. Pasja sformalizowana. Marzenia do realizacji gotowe. Czas urzeczywistniać i ruszać na wodę !!!

O ścieżce kariery, którą wycinałem sobie maczetą w dżunglii

W 2001 roku ukończyłem studia magisterskie na Akademii Koźmińskiego. To był prawdziwy przełom w moim życiu, który zainicjował lawinę zdarzeń. Mówię o tym co dla mnie ważne, o podróży, wdzięczności, pasji, misji, drodze…

https://www.youtube.com/watch?v=JR_i392_lQw&feature=youtu.be

Jamrock Night Reagge, czyli o samotniczości, która otwiera prawdę głębokiej relacji

jamrock 2

Dzisiejszy wieczór spędzam sam w domku na kurzej stopce, na zboczu wzgórza stromo opadającego ku zacisznej zatoce na zachodnim brzegu Koh Lipe. W drugim domku śpią moje współtowarzyszki w podróży. Domki maleńkie, więc wziąłem dwa, żebyśmy mogli się wygodnie wyspać. Myśl o tym, co chcę napisać pojawiła się we mnie już kilka dni temu i dojrzewała czekając na taki właśnie wieczór.

Jakże wiele zmieniło się we mnie, w moim życiu, w moim stosunku do życia, siebie samego i innych ludzi. Sporą przemianę przeszedł mój stosunek do podróży, siebie w podróży, mojego stylu podróżowania, moich podróżniczych zwyczajów, rytuałów, priorytetów. Metaforyczna podróż przez życie splata się i przenika z doświadczeniem moich podróży, w które jeżdżę od lat. Samotny wilk, dzikus, podążający swoimi ścieżkami, tramp, wagabunda, który za nic ma kompromis, któremu przeszkadzają ludzie, stroniący, trzymający się z dala, zaszywający się w lasach deszczowych, na bezludnych wyspach, na odludziu. Zarośnięty, gwiżdżący z ptakami częściej, niż mówiący do innych ludzi. A jeśli jeździłem z innymi, to na moich warunkach, pod moje dyktando, bez uwagi na osobę, z którą jechałem, bez widzenia ludzi wokół. Paradoksalnie, ta właśnie samotniczość otworzyła mnie na siebie i innych. Była szorstka i trudna, ale potrzebna. Czasem bolesna, ale pomogła otwierać, co wcześniej było pozamykane.

I oto przychodzi taki czas, gdy wsiadam na pokład samolotu w towarzystwie bliskich mi osób, zabieram je w podróż, a raczej staję za nimi, blisko i w roli dyskretnego towarzysza stwarzam im bezpieczną przestrzeń do tego, by mogły poznawać, przezywać i doświadczać siebie. Podążam wraz z nimi bez żadnych oczekiwań względem naszej drogi, nie ma we mnie najmniejszych ambicji. Niczego nie muszę, nic nie powinienem, nie mam swoich planów, nie zmierzam. Jestem z nimi, cieszę się z nimi ich marzeniami i wspieram w tym, by je zamieniały w konkretne doznania, by syciły się swoimi pierwszymi razami, nawet po wielokroć dziennie. Prowadzę je ale tak niepostrzeżenie, by czuły dreszczyk emocji, by miały przed sobą przestrzeń potencjałów, nieznanych możliwości i w nich się całymi sobą odkrywały. Cieszę się tą moją rolą, dzielę się sobą i swoim doświadczeniem, lecz nie nauczam, nie mądrzę się i nie nastaję, by szły jakąkolwiek wydeptaną przeze mnie ścieżką, by powtarzały moje rytuały. Nie ma dla mnie sprawy, że nie robią tak, jak ja kiedyś uważałem za najlepsze. Nie ma już we mnie szyn, na które bym miał ustawiać moje towarzyszki, by zgodnie z rozkładem jazdy do stacji dotarły o czasie. Cieszę się tymi drogami, które dla siebie wybierają. Cieszy mnie radość ich zaskoczeń i z troską współodczuwam smutek ich rozczarowań zmieszanych z gorzkim smakiem wyobrażenia o tym, że doświadczają porażek. Jesteśmy razem w każdym ich przeżywaniu. Jesteśmy razem. Jestem z nimi i dla nich. Nie mówię, że wiem co się stanie, bo nie wiem, lecz daję im poczucie pewności, które wynika z pewnego cennego daru, jaki mi dało moje podróżnicze życie. Mam w sobie ufność, mam w sobie wiarę w procesy życia i z niej ta siła się bierze, jakiej nie zbudujesz na żadnej siłowni, nie napompujesz jej sterydami. Czują ją we mnie i na niej oparcie znajdują w każdej z chwil, w których oparcie jest im potrzebne. Takie poczucie własną moc w nich wyzwala i na niej budują jedyny możliwy, wewnętrzny fundament. Radość, lekkość, entuzjazm, swoboda otwierają je na dzianie się, bo nikt z nas nikim nie jest, lecz każdy bez końca się staje. One stają się na moich oczach i w tym największe piękno dostrzegam i największą prawdę.

W podróży, w której ja dla nich się dzieję dzieląc z nimi ich światy, ich światy jednym się stają z niebem, morzem i ziemią, a one się stają swym dzianiem.

Our love Thailand

Bloger chair, czyli o niewygodnym usprawiedliwieniu milczenia w Tajlandii

holy tree

Od dwóch tygodni w podróży i ani słowa na blogu. Już nawet przestali mi przypominać o tym, że od dawna nie ma moich wpisów. No co zrobić. Tym razem jestem w podróży w towarzystwie. To dla mnie niezwyczajna sprawa, bo zwykle sam i wieczory wolne, myśli wolne, czas wolny, jak w reklamie piwa. A tym razem jestem dla najbliższych dzieląc się z nimi swoim doświadczeniem, pokazując świat, który kocham i do którego jeżdżę, gdy one zostają. Teraz razem rano, wieczór, we dnie i w nocy. Do tego jeszcze jest instagram. Jakież to proste. Zdjęcie, opublikuj, przytnij, trzy linijki tekstu, poleć na FB i jest załatwione. I tak większość nie ma czasu czytać moich wywnętrzeń, przemyśleń, opisów przeżyć i wrażeń. Ludzie mają w nadmiarze swoich wlasnych. A w ogóle to po co czytać, toż to tylko złość człowieka bierze, że ten to sobie po tropikach w samych majtkach gania, a ja w robocie, w korkach, w kufajkach, szaro – buro, wieje i leje. Po co się denerwować. Rozumiem, więc nie pisałem do dzisiaj. Czemu do dzisiaj właśnie? Telefon dzisiaj zablokowałem, bo mi się zachciało mieć blokadę z czytnikiem linii papilarnych. Palce mi się w basenie rozmokły, zgrubiały i pofałdowały jak u topielca i z uporem maniaka chciałem telefon otworzyć, żeby zdjęcie zrobić i trach, zablokowany. Podaj hasło woła telefon. Jakie hasło? Zapomniałem, nie mam pojęcia. No i nie ma instagrama, nie ma zdjęć. Mam komputer i bloga. Myślę sobie, że może czas zacząć. Patrzę w pokoju, a tu nawet krzesła jednego nie ma. Próbuję w łóżku pisać, plecy bolą. Myślę, że nie będę w takim razie pisał, bo nie ma krzesła. Bez krzesła blogera nie piszę!!! Chyba strata telefonu i aparatu wciąż mnie jeszcze boli – po trzech oddechach myślę. No dobra, siadam i zaczynam klikać. Fajnie całkiem mi się klika, jestem chyba zwyczajnie klikania stęskniony. Dobrze jest tak się stęsknić za klikaniem. Jeśli będę trafiał do miejsc z internetem, co nie jest tu wcale takie oczywiste, to będę robił wpisy i zdjęcia publikował.

Nie chce mi się wspominać tego, co do tej pory tu się stało. Na fb i na instagramie są zdjęcia z opisami. Dzisiaj siły zbieramy, bo jutro ruszamy w drogę. Z Koh Ngai na Koh Lipe. Sączymy dzień przez rurki tak wąskie, że ledwie co łykać się daje. Cztery tukany w koronach palmowych drą się na siebie od rana, jak ludzie, no mówię wam, zupełnie jak ludzie. A może to ludzie się komunikują ze sobą jak jakieś tukany? Barakuda w nocy przy brzegu grasowała, zjadła mi rybę, którą z wysiłkiem holowałem. Wyciągam w zupełnych ciemnościach sam łeb. Co to za ryba dziwna, myślę. Świecę latarką i widzę tę krwawiącą głowę, która w najlepsze oddycha i dławi się w szoku wciąż żywa. Ruszam za chwilę na wyprawę do lasu porastającego gładko zaokrąglone wzgórza w sercu wyspy. Odezwę się niebawem, jeśli tylko w hotelu na kolejnej wyspie będzie na mnie czekało wygodne krzesło. Bez krzesła nie piszę.

W środku aktywnego wulkanu – White Island, Bay of Plenty, North Island, New Zealand

wi13

Wrrrrrrrrrrrrr

Wczesnym rankiem, w blasku wschodzącego słońca wsiadamy w Whakatane na łódź i wypływamy w morze. Bezchmurne niebo, niezbyt wysokie fale lekko, przyjemnie kołyszą. Panuje obezwładniająca atmosfera relaksu, jest nawet trochę sennie.

Po co mi jakieś mantry przy porannej medytacji, przecież wystarczy porządny silnik diesla firmy Honda i już jestem w transie. Przypomina mi to odkurzacz, który włączaliśmy z żoną, gdy chcieliśmy uśpić naszą córkę, kiedy była niemowlęciem. Te wszystkie jednostajne dźwięki działają na nas w taki kojący sposób, bo przypominają naszej głębokiej pamięci czasy prenatalne – w brzuchach mam nam tak jednostajnie buczało – cała tajemnica transu. Tam czuliśmy się bezpiecznie. Łakniemy tego poczucia, bo wciąż nam go podświadomie w życiu brak. Na bardzo wiele sposobów, zwykle głupich i nieskutecznych, staramy je sobie zapewnić. Z tej potrzeby niezaspokojonej stworzyliśmy cały nasz system społeczny, dążności, aspiracje, starania, ambicje, alianse, związki, rodziny, używki, lodówki, kasty, gówniane żarcie, pieniądze, cywilizacje, przepisy, religie, święte sakramenty, tytuły naukowe, broń, sądy, wyroki i wojny. Potrzeba bezpieczeństwa jest najsilniejszym imperatywem determinującym nasze postępowanie, tyle że jej zaspokojenia w większości poszukujemy na zewnątrz, w świecie, który nas otacza, w innych ludziach, a jedyną możliwością jest zbudowanie poczucia bezpieczeństwa w sobie. Czy da się to zrobić? Da się. Jak? A to już temat na zupełnie inne doświadczenia. Nie zapominajmy, że jestem na łodzi i sobie oddycham w oparach spalonej ropy.

Wodne pluszaki

A więc siedzimy i koimy się ale nie wypada być takimi ukojonymi, bo to przecież może być nuda, a nuda jest niedopuszczalna i niemile widziana. Zatem członkowie załogi podchodzą do uczestników wyprawy, zagadują, opowiadają, żartują, ożywiają rozmową ten nietakt. Ludzie więc angażują się w obrosłe kanonami społecznymi mielenie językami. No wreszcie jest jak trzeba – wszyscy gadają. Entuzjazm eksploduje po chwili, gdy zostajemy wręcz osaczeni przez stado około 20 delfinów – common dolphin, czyli zwyczajne, choć dla mnie niezwykłe – które zaczynają płynąć wzdłuż burt, skakać nad powierzchnię wody, ścigać się z nami, ewidentnie bawić się naszym towarzystwem.

wi2

Koniec żartów

Niedługo później zaczyna się. Ci, co nas tak zapamiętale zagadywali, przynoszą na pokład dwa wielkie wory. W jednym z nich są żółte kaski, a w drugim czarne maski. Każdy ma założyć swoje. Zaczynają się bardzo szczegółowe instrukcje co do tego jak mamy się zachowywać, co robić, a czego nam kategorycznie nie wolno. Tych instrukcji zabraniających jest zdecydowanie najwięcej. Przybijamy do wyspy, nad którą unoszą się kłęby dymu, jak nad fabrycznym kominem, który nie podlega ścisłym restrykcjom opisanym przez jaką dyrektywę Unii Europejskiej. Pontonem ze statku przedostajemy się na ląd. Oto stanąłem właśnie na gorącym gruncie wyspy – aktywnego wulkanu, który ostatnią erupcję zaliczył w zeszłym tygodniu. Tak, tak, nie kilka lat temu, ale w zeszłym tygodniu i wciąż jest bardzo niespokojny. Szumi, buczy, trzeszczy, piszczy, wyje. Chmury dymu i wżerające się w płuca opary siarki sprawiają, że wszyscy, którzy jeszcze nie założyli masek zaczynają panicznie kaszleć. Krajobraz… no właśnie, jak określić ten krajobraz? Ciężko to z czymś porównać. Unikalny, spektakularny, baśniowy, ale to z jakichś mrocznych baśni, filmów sience-fiction, Obcy z Sigourney Weaver, czy coś w tym rodzaju. Jesteśmy w środku krateru żywego, wzburzonego wulkanu. Drugi poziom zagrożenia. Przewodniczka rusza pierwsza, by ocenić czy da się iść dalej. Wraca, co oznacza, że możemy ruszać.

wi11 wi14

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podróż do wnętrza ziemi

Wewnętrzne ściany i dno krateru pokryte są pyłem, który poświadcza o ostatniej erupcji. Wszędzie w koło ziemia dosłownie pali się nam pod stopami. Dochodzimy do krawędzi, do miejsca, z którego wydobywa się ten dym widoczny na dziesiątki kilometrów. Jądro ziemi, fantastyczny spektakl, którego ni jak nie potrafię opisać. Kosmiczne przeżycie, nierealne wręcz, magiczne. Przewodnicy coś mówią, ale nikt ich nie słucha. Z tego transu nikt nie chce się dać wyrwać. Stoimy oczarowani, wpatrzeni w środek ziemi, jakby w samych siebie. Piekło? Niebo? W tej chwili – czy to ma jakieś znaczenie?

wi15 wi17

True You soon